piątek, 19 lipca 2013

# 106. Zayn I cz. 1

Postanowiłam zrealizować pomysł z prompstów podsunięty przez LULU.

Pamiętajcie, że jeśli zamieściłyście swój pomysł w komentarzu pod prompstami nawet i miesiąc temu, nie znaczy, że nie zostanie on zrealizowany, gdyż zaglądamy tam za każdym razem, gdy brak nam weny. Cały czas możecie dodawać nowe komentarze, gdyż każdy pomysł brany jest pod uwagę.
____________________________________________________________________________________

        Opuściłam budynek szkoły, przechodząc przez ciężkie metalowe drzwi. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku bramy, jednocześnie rozglądając się na wszystkie strony. Gdy wreszcie przekroczyłam jej próg, odetchnęłam z ulgą. Zewnętrzną stroną dłoni otarłam łzy nadal spływające po moich policzkach. Nagle dobiegł mnie dźwięk donośnego śmiechu i głośnych rozmów większej grupki osób. Odruchowo odwróciłam się w stronę jego źródła. Moim oczom ukazała się elita szkoły, opuszczająca jej progi i kierująca się wprost na mnie. Moje serce zaczęło bić nierówno, a ręce drżeć niespokojnie. Starałam się zachować spokój i udając obojętną ruszyłam w stronę domu. Jednak im bardziej zmniejszał się dystans między mną, a moimi znajomymi czułam się coraz mniej pewnie. Po tym co wydarzyło się dziś w szkole nie chciałam na nich patrzeć. Zanim się obejrzałam znów zaczęli wykrzykiwać jakieś obraźliwe uwagi pod moim adresem. Starałam się być silna i zaciskałam pięści, lecz w pewnym momencie nie dałam już rady. Zaczęłam przyspieszać kroku, aż w końcu rzuciłam się pędem w stronę domu. Biegłam ile sił w nogach, by tylko nie docierały do mnie słowa moich znajomych. By tylko nie mogły mnie zranić.
        Tak bardzo chciałam być już na miejscu. Ale szczerze mówiąc sama nie wiem czemu. Czy tam czekało mnie coś lepszego? Zapewne nie. Nawet nie wiem kiedy łzy znów poczęły spływać po mojej twarzy. Tak wiele razy wracałam do domu zapłakana. Ale tam nikogo to nie obchodziło. Nikt nigdy nie spytał co się stało. Nikt nigdy nie okazał mi zainteresowania. O wsparciu już nawet nie mówiąc. Nikt mnie tam po prostu nie kochał. Ale czego ja się mogłam spodziewać? Że Abigail i Tom pokochają mnie i będą traktować jak własne dziecko? Mimo, że mi to obiecali, ja nie wiązałam z tym większych nadziei. Powinnam być im chociaż wdzięczna za to, że dzięki nim nie trafiłam do domu dziecka. Oni zapewniali mi jedzenie, szkołę, utrzymanie oraz stworzyli jakąś namiastkę domu. Może i pozbawionego miłości, ale jednak domu. Zawdzięczałam im bardzo wiele, ale nawet gdyby zaczęli się starać bardziej, nie mogli zastąpić mi rodziców. Nigdy.

        Przekroczyłam próg domu i nawet nie witając się z resztą jego mieszkańców wbiegłam po schodach na piętro, gdzie mieścił się mój pokój. Nie był on wielki, jednak wystarczał mi w zupełności. W końcu i tak nie spędzałam w nim zbyt wiele czasu. Wszystkie książki z plecaka wyrzuciłam na łóżko, by zrobić miejsce dla płótna, farb, pędzli i ołówków. W pośpiechu zmieniłam mundurek szkolny na wytarte jeansy i starą czerwoną, flanelową koszulę. Wzięłam ze sobą plecak, po czym zbiegłam na dół. Naciskałam już klamkę drzwi wejściowych, gdy zatrzymał mnie głos Abigail.
-Idziesz malować? - Spytała stając w progu kuchni. Oczywiście jak zwykle udawała, że nie widzi iż w moich oczach lśnią łzy, a twarz zapuchniętą mam od płaczu.
-Tak. Będę wieczorem. - Odparłam, pociągając nosem. Kobieta pokiwała głową beznamiętnie, po czym powróciła do przygotowywania obiadu.
        Wyszłam na zewnątrz i skierowałam się do niewielkiego lasku położonego za domem. Kroczyłam między krzewami, a niebo nad moją głową przysłonięte było przez korony drzew. Przemierzałam leśne ścieżki, aż w końcu jedna z nich doprowadziła mnie na polanę. W samym jej środku stał ogromny, stary dąb z wielką, rozłożystą koroną. Nikt nie wiedział o jego istnieniu ani małym, drewnianym domku, który chował się wśród jego gałęzi. Była to taka moja kryjówka. To tu uciekałam przed wszystkimi moimi zmartwieniami. Tylko tu mogłam być sama. Tylko tu mogłam być naprawdę sobą.
        Zbliżyłam się do starego dębu, delikatnie kładąc dłoń na jego pniu. W korze wyrytych było wiele dat. Wszystkie wyszły spod mojego noża. Dłoń trzymałam na niezgrabnie wyrytych cyfrach układających się w datę 24 listopada 2012  roku. Była to pierwsza data jaka się tu pojawiła. Wyryłam ją w marcu zaraz po przeprowadzce tutaj i odnalezieniu tego miejsca. Symbolizowała ona dzień śmierci moich rodziców. Zginęli w wypadku samochodowym, gdy wracali z przyjęcia urodzinowego ich znajomej. Jakiś pijany idiota wsiadł za kierownicę, powodując wypadek, w którym straciłam najważniejsze osoby w moim życiu. Zginęli na miejscu, wraz z kierowcą tamtego samochodu. Niestety nikt z moich krewnych nie mógł się mną zająć, a w domu dziecka rónież nie byłam mile widziana. Może dlatego, że praktycznie nie byłam już dzieckiem. Wcisnęli mnie pierwszej lepszej rodzinie zastępczej, która zgodziła się przygarnąć dość specyficzną nastolatkę po przejściach. Kolejną datą, która rzuciła mi się w oczy był 14 grudnia 2012 roku. Mój pierwszy dzień w nowej szkole. Na drzewie tym zapisywałam daty wiążące się tylko ze złymi wspomnieniami, więc tej nie mogło tu zabraknąć. W nowej szkole nikt mnie nie znał. Nikt nie wiedział jaka jestem, przez co przeszłam. Mimo to niemal natychmiast mnie odrzucili. Dlaczego? Bo nie byłam stąd? Bo byłam inna? Bo miałam tatuaże? Bo w przeciwieństwie do innych dziewczyn nie nosiłam sukienek i nie lubiłam różowego? Może stanowiłam dla nich jakieś zagrożenie? Kto wie. Niestety na odrzuceniu się nie skończyło. Zamiast zwyczajnie mnie odizolować, uczniowie mojej szkoły postanowili mnie gnębić, upokarzać i zwyczajnie uprzykrzać mi życie. Jakbym nie wycierpiała już dosyć. Następna data to 19 lutego 2013 roku. Tamtego dnia Justin z mojej klasy zaprosił mnie wieczorem do kina. Gdy poszłam do łazienki, podsłuchałam rozmowę Diana i Taylor, które mówiły o tym, że zrobił to tylko dlatego, że założył się z Mattem i Stephenem, że pokaże się ze mną publicznie. Śmiały się z tego, że specjalnie wybrał kino, bo jest tam ciemno. Naprawdę mnie to zabolało. 5 marca 2013 roku. Diana obcięła mi włosy na szkolnej wycieczce. 28 kwietnia 2013 roku. Gdy byłam pod prysznicem po lekcji wfu, Taylor zabrała ubrania z mojej szafki. Miałam na sobie tylko bieliznę i nie wiedziałam co mam robić. Zostałam w szatni, gdy wszyscy inni poszli już na następną lekcję. Na szczęście, gdy woźna się o tym dowiedziała, przyniosła mi ubrania z rzeczy znalezionych. Dat tych było dużo więcej. Pokrywały one prawie cały pień ogromnego dębu. Czasem miałam wrażenie, że zapisuję je tu co drugi dzień. A dziś dodać miałam kolejną.
        Wyjęłam z plecaka podręczny scyzoryk i zaczęłam wycinać na pniu datę 25 maja 2013 roku. Dziś w szkole Justin, Stephen, Diana i Taylor otoczyli mnie na przerwie i zaczęli obrzucać wyzwiskami. Nie chciałam tego słuchać, więc starałam się uciec. Jednak Diana złapała mnie za włosy i ciągnąc za nie z całej siły spytała czy aby nie za szybko mi odrosły. Kiedy Taylor podała jej nożyczki naprawdę się przestraszyłam. Justin i Stephen stali z boku cały czas się śmiejąc. Ta czwórka zawsze trzymała się razem. Mieli jeszcze jednego przyjaciela. Wysokiego bruneta o imieniu Zayn. Mimo, że nigdy nawet z nim nie rozmawiałam pewna byłam, że jest dokładnie taki sam jak oni. Kiedy Stephenowi znudziły się niespełnione groźby Diany, wyrwał jej nożyczki z ręki i przytrzymując mnie jednym ramieniem wodził nimi po mojej szyi. Naprawdę się wtedy bałam. Łzy spływały po moich policzkach, gdy błagalnym tonem prosiłam, aby mnie puścili. Jednak skłonił ich do tego dopiero nadchodzący dyrektor szkoły. Gdy nas zobaczył chciał, abyśmy wytłumaczyli mu całą tą sytuację. Nawet nie ustalając tego z moimi oprawcami zaczęłam mówić, że to były tylko żarty i to nic takiego. Uwierzył mi, natomiast reszta patrzyła na mnie w osłupieniu. Byli pewni, że ich wsypie. Ja jednak tego nie zrobiłam. Byłam pewna, że wtedy zaczęliby gnębić mnie jeszcze bardziej. Jednak, gdy wychodziłam ze szkoły, a oni nadal wykrzykiwali jakieś przykre komentarze na  mój temat, pożałowałam, że jednak nie wydałam ich dyrektorowi. Prawie każdy dzień w tej szkole wyglądał tak samo i wrażenie miałam iż niedługo będę musiała zacząć wycinać daty na innym drzewie, gdyż tu zabraknie mi miejsca. Najwidoczniej całe moje życie było jednym wielkim pasmem niepowodzeń.
        Jedynym co pomagało mi się od tego wszystkiego oderwać była sztuka. Uwielbiałam zapach świeżej farby i to jak pędzel układał się w mojej dłoni. Miłością do malowania zaraziła mnie moja mama. Była to nasza wspólna pasja. Po jej śmierci postanowiłam nie zawieść jej i nie przerywać doskonalenia się w malowaniu. Nie uważałam, aby moje obrazy były choć w połowie tak dobre jak dzieła mojej mamy, jednak najważniejsze było dla mnie to, żeby pozostać tą samą [T.I], którą byłam przed wypadkiem rodziców. Nie chciałam, aby cała otaczająca mnie atmosfera i okropni ludzie, z którymi przyszło mi żyć mnie zmienili. Tata zawsze powtarzał mi, żeby być sobą i tego postanowiłam się trzymać. To on namówił mnie do zrobienia pierwszego tatuażu, który głosił właśnie tę myśl. On sam miał ich wiele, więc za każdym razem, gdy pokazywałam mu zaprojektowany przeze mnie wzór, po krótkich negocjacjach i małych kompromisach pozwalał mi go sobie wytatuować. Zawsze towarzyszył mi w studiu. Moi rodzice nie należeli do typowych, ani przeciętnych. Na pewno nie. Ale właśnie takich ich kochałam. Dzięki nim byłam tym kim byłam.
        Schowałam scyzoryk do plecaka i przewieszając go przez jedno ramię wdrapałam się na drabinę prowadzącą do domku na drzewie. Gdy weszłam na górę od razu wyjęłam farby, pędzle i płótno. Nie czekając ani chwili dłużej zaczęłam malować. Nie wiedziałam co ma przedstawiać mój obraz. Malowałam to co czułam w tamtej chwili. Zajęło mi to przeszło trzy godziny. Zupełnie straciłam rachubę czasu. Ostatni raz spojrzałam na skończony obraz, po czym postawiłam go, przy oknie, aby wysechł do jutra. Następnie spakowałam wszystkie swoje rzeczy i zaczęłam zbierać się do wyjścia.
        Stawiałam już stopę na pierwszym stopniu drabiny, gdy z dołu dobiegł mnie jakiś szmer. Zaniepokojona wróciłam do okna i wychylając się przez nie rozejrzałam się po okolicy. Serce zaczęło bić mi niespokojnie, gdy zauważyłam wysokiego bruneta z uwagą oglądającego pień drzewa. Wyglądał jakby czytał wyryte na nim daty. Wyglądał również bardzo znajomo. Gdy przyjrzałam się mu dokładniej wręcz poczułam jak moja twarz blednie, a kolana uginają się pode mną. Był to Zayn Malik. Przyjaciel ludzi, którzy jak nikt inny uprzykrzali mi życie. Jak on znalazł moją kryjówkę? Przecież nikt o niej nie wiedział. Nawet moi rodzice zastępczy. Tylko tu mogłam być bezpieczna. Tylko tu mogłam uciec od problemów. Uciec od jego przyjaciół. Ale jeszcze nie wszystko stracone. Może trafił tu przypadkiem? Może nie wie, że tu jestem?
        Najciszej jak tylko potrafiłam przełożyłam jedną nogę przez okno. Następnie przełożyłam również drugą stając na najgrubszej gałęzi. Zachwiałam się niestabilnie, jednak już po chwili odzyskałam równowagę i przytrzymując się gałęzi obok, poczęłam schodzić w dół. Nie było to takie trudne jakbym się tego spodziewała. Szczerze mówiąc nie sprawiło mi to większego problemu i wyszło nawet zgrabnie. Pień był bardzo szeroki, więc stojąc z drugiej jego strony Zayn nie miał prawa mnie zobaczyć. Wychyliłam się ostrożnie, sprawdzając czy brunet nadal tam jest. Wydawał się być bardzo pochłonięty czytaniem dat. Teraz albo nigdy - pomyślałam, po czym zakrywając twarz dłońmi, pędem ruszyłam do lasu, gdzie po zaledwie kilku sekundach zniknęłam wśród drzew. Pozostało mi już tylko wrócić do domu z nadzieją, że Zayn mnie nie zauważył lub chociaż nie rozpoznał.


LOLA

niedziela, 14 lipca 2013

# 105. Louis | cz. 4

Imagin z dedykacją dla Litlle Berry xx ____________________________________________________________________________________

- Masz może jakieś plany na wakacje?- spytałam.
Leżałam wtulona w Louisa na tyłach jego furgonetki. Dochodziła już jakaś 11. Postanowiłam, że tego dni odpuszczę sobie zajęcia, więc nigdzie się nie spieszyłam.
-Nie wiem. Do wakacji jeszcze 4 miesiące. Nie jestem osobą, która lubi planować. Stawiam na spontaniczność. Przynajmniej wtedy jest dużo więcej zabawy.- powiedział chłopak.
- Zauważyłam.- powiedziałam, uśmiechając się sama do siebie.
- Zresztą.- kontynuował Louis, nie zważając na mój komentarz.- Ja zamierzam zrobić sobie wakacje trochę wcześniej.
Spojrzałam na Louisa pytająco nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Po to przyjechałem wczoraj. Miałem zabrać resztę swoich rzeczy i powiedzieć dyrektorowi o mojej rezygnacji. –mówił chłopak.
- Rezygnacji? Jakiej? Ze studiów? – pytałam nie wiedząc do czego Louis zmierza.
-Tak. Wiesz to nie dla mnie. Zamierzam wyjechać…- zaczął brunet, ale mu przerwałam.
- Jak to nie dla ciebie? O czym ty mówisz? Jeśli masz jakiś problem, to mogę ci pomóc. Razem nadrobimy zaległości, zobaczysz jeszcze wszystko pozaliczasz. Zresztą w tamtym roku miałeś takie dobre wyniki. Na pewno teraz pójdzie ci też dobrze. Louis kurde studiów nie zawala się tak po prostu z braku obecności. Ani się ich nie odpuszcza, bo się nie chce pójść na wykład.- starałam się mu wytłumaczyć jaki wielki błąd chce popełnić.
- Już podjąłem decyzję.- powiedział podnosząc się do pozycji siedzącej.- Więc to chyba pożegnanie partnerko. Fajnie było, ale myślę, że to chyba na tyle. Zresztą Ian to naprawdę spoko koleś. Wyobraź sobie ty i on para wspaniałych lekarzy. Mieszkacie w pięknym domu z dwójką, małych, lekko zarozumiałych dzieci, które chcą iść waszym śladem.- mówił Louis z głupim uśmieszkiem.
Patrzyłam na bruneta przez chwilę nie mogąc uwierzyć w to co usłyszałam. Jednak wreszcie się ocknęłam.
- Ty sobie żartujesz?- spytałam.
Jednak Louis wydał się zdziwiony moim pytaniem. – Nie wierze- powiedziałam i szybko się podniosłam.
Zaczęłam naciągać na siebie moje ubrania, porozrzucane wokół nas. – Nie wierze w ciebie Louis. Jesteś popierdolonym idiotą.- mówiłam w między czasie.
- Tak wiem.- powiedział uśmiechając  się.- Ale partnerko nie obrażaj się. Zaraz cię odwiozę.
- Spierdalaj. – powiedziałam i wyszłam z samochodu.
Nie miałam pojęcia gdzie byliśmy. Londyn był zbyt dużym miastem, żeby zdążyła już je całe poznać i do tego moja zerowa orientacja w terenie też nie pomagała w tej sytuacji.  Nie wiedziałam jak stąd wrócić do akademika. Ale wolałam włóczyć się po mieście resztę dnia niż wracać z Louisem.
~*~
- Dzięki za podwiezienie.- powiedziałam beznamiętnie i już miałam wysiąść, kiedy Ian złapał mnie za rękę.
- Wszystko dobrze?- spytał Ian zmartwionym głosem.
- Tak. Jestem tylko zmęczona.- powiedziałam starając się brzmieć przekonująco.
- Aha. To do zobaczenia potem.- powiedział chłopka uśmiechając się do mnie.
Nic mu na to nie odpowiedziałam. Chciałam już tylko wziąć prysznic i położyć się spać. Nagle powróciła we mnie wcześniejsza złość i irytacja. Czułam się wykorzystana. Nagle wpadłam na coś.  Nie zastanawiając się ani sekundy ruszyłam w stronę sekretariatu.
- Drogie dziecko, nadal nic nie wiem…- zaczęła pani Amber, kiedy tylko mnie zobaczyła.
- Ale ja wiem. Wiem, że jest on zwyczajnym dupkiem. I że już nie wróci. On jest na serio pojebany. Wszystko i wszystkich lekceważy. To zasrany egoista.- mówiłam chodząc w tą i z powrotem, podczas, gdy Amber wpatrywała się we mnie oszołomiona. – I przyszłam właśnie po to, żeby powiedzieć, że Louis Tomlinson zakończył już swoją naukę tutaj i nie będę już więcej Panią o niego wypytywać.- powiedziałam na jednym wdechu.
Amber zdjęła swoje okulary, wstała i podeszłą do mnie. – TI czy coś się stało?- spytała troskliwie.
- Nie.- odrzekłam i już nie mogąc się dłużej powstrzymywać rozpłakałam się.
Amber natychmiast mnie przytuliła, uspakajając gładziła po plecach.
- Ja nic nie rozumiem. Myślałam, że on jest inny. Ja tak nie chcę. Dlaczego… zachował się jak zwykły cham. Ja nic nie rozumiem.- łkałam.
- Oj kochanie. On chciał cię chronić. A ty biedactwo nic nie wiesz- mówiła kobieta.
- Ale czego nie wiem?- spytałam wycierając łzy z policzków.
- Louis musi wyjechać. Jedzie do swojego wujka, który pomógł mu się dostać do najlepszego szpitala w Europie.
- Jak to? Ma tam pracować?- spytałam.
- Nie TI. On ma białaczkę. Jego stan się pogarsza.- powiedziała kobieta.
Czekała na moją reakcje, ale kiedy cały czas się nie odzywałam ciągnęła dalej.- A wiesz jaki on jest. Nie bierze regularnie leków i nie chodzi  na kontrole do lekarza. Ktoś musi go dopilnować. – mówiła Amber.
Tego wszystkiego było dla mnie stanowczo za dużo jak na jedne dzień. Nie byłam w stanie tego zrozumieć. Jak to Louis miał białaczkę? To chyba jakieś żarty?- myślałam.
- Ja nie rozumiem.- powiedziałam zakrywając twarz dłońmi.
- TI, Louis jest chory, poważnie. Ale nic jeszcze nie jest przesądzone. On chciał cię chronić. Nie chciał, żebyś wiedziała o jego chorobie. Bo on musi wyjechać . – tłumaczyła mi Amber.
- Dlaczego? Przecież, bym mu pomogła. Jakbym się dowiedziała o tym nic by to nie zmieniło. Nie odwróciłabym się do niego.- mówiłam.
- Na pewno kochanie. Ale myślę, że jemu chodziło o coś zupełnie innego. Nie chciał, żebyś musiała się o niego martwić. Nie chciał twojej litości.- powiedziała kobieta.
Dopiero teraz wszystko zrozumiałam. Jaka byłam głupia. Powinnam się była wcześniej domyślić. To wszystko było straszne. Jak osoba taka jak Louis, pełna życia i wiecznie uśmiechnięta mogła być chora. Musiałam się z nim spotkać i przeprosić.
- Ja muszę jechać do Louisa. Musze go zobaczyć.- powiedziałam.
- Obawiam się, że dziś od już wyjeżdża.- odrzekła smutnym głosem Amber.
- Jak to? Wie pani dokąd jedzie?- pytałam.
- Tak. Ale nie mogę ci udzielić tych informacji. I tak powiedziałam ci rzeczy, których  nie powinnam. Natomiast, żeby się dostać do tego szpitala najpierw musi jechać na lotnisko, tylko nie wiesz tego ode mnie.- powiedziała Amber mrugając.
- Dziękuje.- krzyknęłam i wybiegałam na dwór.
- O TI.- powiedział Ian zdziwiony, kiedy  otworzyłam drzwi do jego samochodu.- Właśnie miałem jechać do sklepu. Coś się stało?
- Tak, znaczy nie. Musisz zawieść mnie na lotnisko. – mówiłam  dysząc.
-Ale co się stało?- pytała Ian z przerażoną miną.
- Chodzi o Louisa. Nie ma czasu. Jedźmy.- powiedziałam i już chciałam zamknąć drzwi z jego strony, aby móc zając miejsce pasażera, kiedy mnie zatrzymał.
- Tak wiem zawsze chodzi o Louisa. Co tym razem? Myślałem, że jesteś ze mną szczęśliwa. A ty ciągle o nim gadasz. Co on ma czego ja nie mam. Niby w czym ten idiota jest lepszy ode mnie?- zaczął się unosić Ian.
-Ian błagam nie teraz. Wiesz, że i tak by nam nie wyszło. To ważne. Błagam.- mówiłam.
- Nie.- powiedział oschle.
- Dobra.- krzyknęłam i zatrzasnęłam drzwi.- Wiesz nawet nie wiesz jakie masz szczęście. Masz wszystko. I mimo tego, że kiedy ktoś inny potrzebuje twojej pomocy ty zachowujesz się jak dziecko życzę ci wszystkiego dobrego, i żeby zdrowie cię nie opuściło.- powiedziałam jeszcze i odeszłam.
~*~
Jak ja go mam znaleźć?- zastanawiałam się.
Biegałam po lotnisku już jakieś pół godziny. Ale było ono takie wielkie, że nawet następne 5 godzin by mi nie wystarczyło, a przecież nie wiedziałam, kiedy Louis odlatuje. Byłam kłębkiem nerwów. Znalezienie kogoś kto by mnie dowiózł na lotnisko zajęło mi trochę. Na szczęście w końcu zlitowała się nade mną koleżanka. Mimo wszystko zaczynałam się martwić, że jest już za późno. A nie mogłam przecież stracić teraz Louisa.
Nagle usłyszałam znajomy głos.
- Proszę pozwolić mi wytłumaczyć.
Zobaczyłam jak ochroniarz wyprowadza Louisa z sali z napisem: „Zakaz Wstępu”
- Umiesz czytać? –krzyczał na niego jakiś wielki murzyn.
- Louis! Wszędzie cię szukałam.- powiedziałam przytulając się do chłopka.- Gdzieś ty był? Proszę pana proszę mu wybaczyć. To mój kuzyn. On jest nie tutejszy. Pierwszy raz jest w tak dużym mieście. – tłumaczyłam mężczyźnie słodko się uśmiechając. - Spuściłam go z oczy na parę minut i już wpakował się w kłopoty.- mówiłam kręcą głową z rozczarowaniem.
- W takim razie proszę wytłumaczyć kuzynowi, że trzeba czytać tabliczki i przestrzegać zasad. Do widzenia.- powiedział mężczyzna i odszedł.
- Oczywiście. Najmocniej przepraszam.- powiedziałam jeszcze.
- Co ty tu robisz?- spytał zdziwiony Louis.
- Mogę spytać o to samo. Po co tam właziłeś?- spytałam wskazując na pomieszczenie, z którego wyciągnął go ochroniarz.
- Słyszałem, że tam właśnie trzymają wszystko co zostaje zabrane ludziom. Czyli alkohol, prochy itp. jest właśnie tam.- mówił chłopak.- A ty?
- Louis dlaczego nic mi nie powiedziałeś?- spytałam nie owijając w bawełnę. – Tylko nie wykręcaj się mówiąc, że nie wiesz o co chodzi. Wszystko już wiem.
- Nie chciałem, żebyś wiedziała. Wszystko było dość proste. Ja już się pogodziłem. Ta sytuacja nauczyłam mnie żyć chwilą i niczym się nie przejmować. Tak było naprawdę łatwo. Nie zastanawiałem się nad przyszłością, ani nad tym czy ona w ogóle nadejdzie. Aż spotkałem ciebie. I wtedy zaczęły mnie męczyć myśli typu: Jak duża jest szansa, że wyzdrowieje?, albo Co będzie się działo jeśli już wyzdrowiej, jak będzie wyglądała moja przyszłość?, Czy ty tam będziesz? Nienawidzę słuchać jak ludzie mówią, że im przykro i zastanawiają się czemu to akurat spotkało mnie. Zachowują się tak jakbym już nie żył. Nie chcę ich litości, ani tym bardziej twojej. Po co miałaś się martwić. Nie chce wkraczać w twoje życie i twój związek. Tak jest dla ciebie lepiej. – mówił Louis patrząc na swojego buta, którym rysował różne kształty na podłodze.
-Powinieneś mi powiedzieć. I nie decydować za mnie jak będzie mi lepiej. Ja wiem, że najlepsze dla  mnie jest bycie z tobą, choćby nie wiem jakby krótko to trwało. I przy tobie będę milion razy bardziej szczęśliwa niż mając ten zasrany dom i zarozumiałe dzieci. Bo cię kocham Louis.- mówiłam wszystko tak szybko, jakbym się bała, że zabraknie mi czasu na powiedzenie mu wszystkiego co czułam.
- TI, ale ja muszę jechać.- powiedział chłopak po raz pierwszy patrząc mi w oczy.
- Wiem i pojedziesz.- odrzekłam podchodząc do niego.- A ja razem z tobą.- powiedziałam, kiedy dzieliło nas od siebie tylko kilka centymetrów.
Louis słysząc  to  lekko się uśmiechnął.- Jesteś najlepszym co mi się w życiu przytrafiło.- powiedział gładząc mnie kciukiem po policzku. Stanęłam na palcach łącząc nasze usta w pocałunek, którego tak bardzo pragnęłam. 

KAHN

środa, 10 lipca 2013

# 104. Louis I cz. 3

Musnęłam usta Louisa, równie zaszokowana moim posunięciem co on. Louis zachłannie oddał pocałunek, ale nagle odwrócił głowę. Odchrząknął i zaczął.- Wiesz my się tylko kumplujemy partnerko- powiedział.
- Dokładnie Louis. Zapomnijmy o tym.- przytaknęłam.
Nie pamiętam nawet, kiedy zasnęłam. Słońce niesamowicie dopiekało. Musiało być coś około południa. Leżałam na nagim torsie Louisa. Brunet jeszcze spał. Podczas snu wyglądał na trochę bardziej spokojnego niż normalnie . Na pierwszy rzut oka nie było widać jakim wariatem był.
- Louis chyba musimy wracać.- powiedziałam szturchając chłopaka.
On tylko lekko się skrzywił i odwrócił na drugi bok.

~*~

Pamiętacie jak mówiłam, że mimo , iż Louis jest wariatem to ja mogę się z nim spotykać, bo przecież mam własny rozum. Jednak myliłam się. Przy Louisie wcale nie podejmowałam rozważnych decyzji. Z nim najpierw działam, potem myślałam. Najwidoczniej jego podejście do życia było zaraźliwe. Nie przejmowanie się niczym i żyłam chwilom.
Widywałam się z Louisem praktycznie każdego dnia. Jakby mnie ktoś teraz spytał o każdą chwilę spędzoną z Louisem byłam bym w stanie mu ją opisać bez większych przeszkód. Bo każdy moment z nim był inny i wyjątkowy Wiedziałam, że spotkanie z Louisem było jednoznaczne z przygodą.
- To do ciebie.- powiedziała do mnie pewnego dnia rano, moja współlokatorka.
Wzięłam od niej pudełko z karteczką. „Czas, żebyś nadrobiła to co straciłaś w dzieciństwie”
Otworzyłam pudełko. Znajdowały się w nim wszystkie sezony Scooby Doo. Zaczęłam się śmiać. Napisałam do Louisa, czy nie chciał by mi dziś towarzyszyć w moim seansie. Zgodził się i powiedział, że przyjedzie przed 21.
- Wiedziałem, że ci się spodoba partnerko.- powiedział Louis, kiedy śmiałam się do rozpuku już jakieś 10 minut.
Ale tak naprawdę nie kreskówka mnie tak bawiła, tylko to jak Louis komentował to co się w niej działo.
- Kocham tą bajkę odkąd skończyłem 5 lat. Czyli to już dobre 16 lat.- powiedział.
- 15.- poprawiłam go.
- Nie, 16. Jestem od ciebie rok starszy.- wytłumaczył.- Powtarzam rok.
- Serio?- zdziwiłam się.- To by wiele wyjaśniało.
Dochodziła już jakoś północ, kiedy ktoś zadzwonił do Louisa.
- Halo.- powiedziała chłopak.
Nagle jego wyraz twarzy się zmienił. Chyba się lekko zdenerwował. Pierwszy raz widziała go w takim stanie. Zawsze był wyluzowany i sprawiał wrażenie jakby wszystko miał w dupie.
- Zaraz będę.- powiedział i się rozłączył. Szybko wstał i podszedł do drzwi.
- Louis wszystko ok?- spytałam zmartwiona.
- Musze iść.- odrzekł tylko i wyszedł.
Od tamtego momentu minęły dwa tygodnia, a ja wciąż nie widziałam się z Louisem. Nie odbierał moich telefonów, na początku jego współlokator wciąż mówił, że go nie ma, a potem podobno się wyprowadził. Wykładowcy też nie chcieli nic mi powiedzieć w jego sprawie. Zaczynałam się już poważnie martwić i strasznie tęskniłam.
- Nie wierze.- mówiłam sama do siebie, kiedy biegłam na zajęcia.
Oczywiście zaczęły się ode już 20 minut temu, ale zaspałam. Ostatnio miałam gorszy humor i ostatnie czego chciałam to siedzieć na wykładach. Postanowiłam odpuścić pierwszą godzinę i pójść do sekretariatu zapytać się, czy nie wiadomo już czegoś w sprawie Louisa.
- Dzień dobry Pani Amber.- powiedziałam.
Staruszka spojrzała na mnie spod sowich czerwonych okularów. – Znowu ty.- powiedziała wzdychając. – Nic nie wiem na temat tego chłoptasia. – mówiła, kiedy zadzwonił telefon.- Oczywiście, już idę panie dyrektorze.
Pani Amber wstała i nawet nie patrząc na mnie wyszła, pozostawiając mnie samą w pokoju. Postanowiłam, że jednak poczekam jeszcze na kobietę, żeby coś z niej wydusić. W końcu ktoś musi mi powiedzieć co się dzieję. W pewnym momencie rzuciła mi się w oczy otwarta szafka. Podeszłam bliżej. Były to szafka z aktami uczniów. Podbiegłam do drzwi sprawdzając czy nikt nie idzie. Na korytarzu nie było ani żywej duszy, a za nim stara Amber tu wróci miną wieki. To była moja szansa. Podeszłam do szafki. Wysunęłam szufladę z literą T. W końcu znalazłam interesująca mnie teczkę.
Louis Tomlinson. Urodzony w…., Uczęszczał do szkoły bla, bla, bla.- czytałam szukając czegoś istotnego. Louis w zeszłym roku zaliczył wszystko na 5. Ale przestał uczęszczać na zajęcia w lutym i pojawił się tylko na dwa tygodnie potem w maju. Dziwne to wszystko. Zawalił rok z powodów nieobecności. Nagle usłyszałam, że ktoś idzie. Zaczęłam szybko wkładać wszystko do szafki, a odgłos obcasów niósł się na korytarzu coraz bardziej. W pewnym momencie drzwi zaczęły się uchylać. W ostatniej chwili wczołgałam się pod biurko.
- Też tam myślę.- powiedziała Amber wchodząc do pokoju.
- Biedny chłopak. Myślałem, że w tym roku uda mu się. Ale los chciał inaczej. – mówił jakiś mężczyzna. Po głosie poznałam, że to dyrektor.
- To czyli rezygnuje? Wydawał się być taki uparty w sprawie studiów. Ale ten dzieciak jest inny. Naprawdę przerażający.- spytała kobieta.
-Faktycznie to dość specyficzny człowiek, ale jeszcze nie rezygnuje. Dziś się mama z nim spotkać i właśnie mamy o tym porozmawiać. Ale sama się zastanów. Raczej to już nie ma sensu. - mówił dyrektor wzdychając. – Musze jeszcze iść na chwilę o mojego gabinetu, a potem uzupełnimy te wnioski. – powiedział i wyszedł .
Natomiast Amber wstała i podeszła do jakiejś półki czegoś szukając. Najciszej jak potrafiłam wstałam i wyszłam z sekretariatu.

~*~

To było najdłuższe 6 godzin w moim życiu. Praktycznie przez cały ten czas wpatrywałam się w zegar odliczając sekundy do końca zajęć. Kiedy wreszcie skończyły się moje katorgi pobiegłam na plac przed akademik wypatrując furgonetki. Ale nigdzie jej nie widziałam. Czekałam w napięciu przez pierwsze 15 minut, ale potem usiadłam na ławce. I tak spędziłam następne 3 godziny. W szkole został już tylko woźny i dyrektor.
W końcu zobaczyłam nadjeżdżającego Louisa. Szybko wstałam z ławki i ledwo chłopak wysiadł z samochodu i zamknął drzwi ja rzuciłam mu się na szyję.
- TI?!- zdziwił się chłopak.- Co ty tu robisz? I czemu jesteś taka lodowata?
Słysząc to oderwałam się od niego i z całej siły uderzyłam go w ramie.
- Ał- krzyknął chłopak łapiąc się za miejsce, w które dostał.- A to za co?- spytał z wyrzutem.
- Jeśli nie chcesz dostać jeszcze raz to nie udawaj głupka.- mówiłam grożąc mu palcem. – Gdzie do cholery byłeś? Dlaczego nie odbierałeś? Dlaczego nie dawałeś żadnego znaku życia?- krzyczałam.
- Przestań nie krzyczeć. – zaczął uspokajać mnie Louis.- Przepraszam. Dobra przepraszam, powinienem był zadzwonić.
- Tak powinieneś, ale tego nie zrobiłeś.- mówiłam cały czas go obwiniając.
- No wiem i przeprosiłem, nie przesadzaj.
- Jak to nie przesadzaj Louis. Czy ty jesteś normalny?- spytałam.
- Nie- odpowiedział uśmiechając się.- A teraz przepraszam musze coś załatwić.- zaczął i chciał przejść obok mnie ale zastąpiłam mu drogę.
- Tak wiem z dyrektorem, ale tak szybko mi się nie wywiniesz. Żądam wyjaśnień tu i teraz.- mówiłam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- TI daj już spokój. Jakich wyjaśnień. Nie muszę ci się spowiadać.- powiedział Louis.
Przez chwilę nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Zatkało mnie. Sama nie wiem czemu, ale to co powiedziała zabolało mnie.
- Ale ja nie chce, żebyś mi się spowiadał. Ja po prostu się martwiłam i jesteś moim przyjacielem Louis. Tęskniłam za tobą.- mówiłam już w pełni spokojnie.
Louis nic nie powiedział, tylko przyglądał się mi z nieodgadniętym wyrazem twarzy.
-Musze iść.- powiedział.
- Nie proszę.- zaczęłam łapiąc go za przedramię- Może przejdźmy się gdzieś. Chodź- mówiła ciągnąc go do jego furgonetki.
Z niechęcia wsiadł do niej, a ja usiadłam po stronie pasażera.
- Gdzie chcesz jechać?- spytał Louis.
- Nie wiem, na razie jeźdźmy przed siebie. – powiedziała lekko się do niego uśmiechając.
Chłopka odpalił samochód. Widziałam, że coś się stało. A najgorsze było to, że ja nie wiedziałam jak mogłabym mu pomóc. Nie miałam pojęcia o co chodziło i on mi nie chciał niczego powiedzieć.
- Więc wszystko jest już okej, tak?- spytałam przerywając ciszę .
-Tak jakby.- powiedział wzruszając ramionami.
I nagle znów zapadła między nami cisza. Louis westchnął i zjechał na pobocze, przy jakimś parku. Wysiadł z samochodu nic nie mówiąc. Powoli również wysiadłam. Louis cały czas stał tyłem i przeczesywał palcami włosy.
- TI to naprawdę skomplikowane. Nie zrozumiesz o co chodzi. – mówił Louis.
- Skąd wiesz, kiedy nigdy nie starałeś się mi tego wyjaśnić?- spytałam.- Louis tu chodzi o to, że nie zaliczasz zajęć przez nieobecności. To się znów dzieje tak jak w tamtym roku?- postanowiłam sama zgadnąć o co chodzi, bo myślę, że on nigdy by mi nie powiedział.
- Co? Skąd to niby wiesz?- spytał zdziwiony Louis odwracając się w moją stronę.
- Z twoich akt. Zakradłam się dziś do sekretariatu i to przeczytałam. – powiedziałam.
- Co? Pojebało cię? Co jeszcze wiesz?-krzyczał zły i trochę przestraszony.
- Nic. Tylko tyle, że w tamtym roku miałeś w chuj dobre oceny i nagle wszystko zawaliłeś, bo zniknąłeś na parę miesięcy. – mówiła tłumacząc się.- Ja porostu chciałam się czegoś dowiedzieć. Nikt nic nie mówił. Ja cię potrzebuje Louis. Zrozum to wreszcie. I nie chcę, żebyś więcej uciekał.
Kiedy mówiłam podeszłam do niego. Zaczęło się już ściemniać, ale mimo to doskonale widziałam jego lazurowe oczy, które pilnie mnie lustrowały. Delikatnie dotknęłam jego policzka.
- Louis, nie wiem jaki masz problem. Ale nie obchodzi mnie to. Ani to, że jesteś inny, bo dla mnie jesteś wyjątkowy. Ludzie mogą myśleć i uważać co chcą, ale ja wiem swoje. Wiem jaki jesteś.- mówiłam zmniejszając między nami dystans.
Nagle nasze usta znalazły się tak blisko siebie, że czułam jak nasze oddechy stają się jednym. Louis spojrzał mi głęboko w oczy, po czym objął mnie rękami przyciągając do siebie jak najbliżej się dało. Przyległam do niego całym ciałem. Na początku nasze pocałunki były zachłanne i pełen desperacji. Ale w końcu odnaleźliśmy wspólny rytm. Louis uniósł mnie do góry i zaniósł mnie do swojej furgonetki. W tamtym momencie nic mnie nie obchodziło. Nie ważne było czy ktoś nas zobaczy, albo jak jutro zdam zaliczenie. Wtedy liczyło się tylko to, że wreszcie miałam przy sobie Louisa.

KAHN

piątek, 5 lipca 2013

# 103. Louis I cz. 2

Ale jestem beznadziejna- pomyślałam. Miałam dzisiaj pierwsze zaliczenie. I nie umiałam na nie nic. Kompletnie nic. Przez parę ostatnich dni byłam lekko zajęta. Ian był dość rozrywkowym kolesiem. Każdego dnia  zabierał mnie na inne imprezy. Było naprawdę fajnie. Tylko jakoś w tym wszystkim zapomniałam o studiach. Nie zdążyłam nauczyć się tego co ja miałam na wykładach, a co dopiero tego co miałam się dowiedzieć od Louisa.
Wpatrywałam się w kartkę leżącą przede mną wmawiając sobie, że nie będzie tak źle. Zaczęłam gryźć długopis. Spokojnie TI skup się na pewno coś pamiętasz z zajęć.- mówiłam do siebie. Zaczęłam rozglądać się wokół sama nie wiedząc czego szukałam. Nagle napotkałam wzrok Louisa. Chłopak uśmiechał się rozbawiony. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc o co mu chodzi. Ale wyglądało na to, że powodem jego dobrego humoru była moja sytuacja.
Nagle Louis wychylił się z ławki i zabrał moją kartkę, a na jej miejsce położył swoją.
- Co ty…- zaczęłam mówić, ale Louis uciszył mnie przykładając palec do ust.
Tylko ja chyba widziałam to co przed chwilą zrobił Louis. Reszta była zajętą pisaniem testu. A sam pan profesor był pogrążony w czytaniu gazety. Louis w tym czasie zawzięcie pisał coś na mojej kartce. Postanowiłam, zobaczyć jak on napisał swoją parce. Louis udzielił odpowiedzi na każde pytanie.
Nagle chłopak znów wstał i podmienił kartki. Chwile po tym, jak Louis zajął swoje miejsce profesor ogłosił, że to już koniec czasu. Zaczęłam z niepokojem oglądać moją kartkę, kiedy mężczyzna podszedł do mnie i zabrał moją pracę.
- Widzi pan, bo chyba trochę słabo mi poszło. Może mogłabym to zaliczyć jeszcze raz?-spytałam z nadzieją.
- Oj nie ma co się martwic na zapas. Szczególnie, ze widzę, że napisała to pani bardzo dobrze panno TN.- powiedział profesor i uśmiechnął się do mnie szeroko.
Wyszłam z sali oszołomiona tym wszystkim. Kiedy zamknęłam drzwi prawię wpadłam na Louisa, który opierał się o ścianę.
- O matko Louis. Przestraszyłeś mnie.- powiedziałam z karcącą nutą.
- Nie chciałem.- powiedział uśmiechając się łobuzersko.- Chyba za bardzo szalejesz z ciachem Ianem skoro nie dajesz sobie rady z pierwszym zaliczeniem partnerko.- powiedział chłopak.
- Może.- powiedziałam wymijająco, bo to nie była jego sprawa, ale byłam mu winna podziękowania.- Kurde Louis nie wiem jak ci dziękować za to z testem. Gdyby nie ty… wole nawet nie myśleć co by było.- powiedziałam i się przytuliłam się do niego, czym go chyba mocno zaskoczyłam.
- Nie dziękuj partnerko.- powiedział.- Bądź dziś o 4 przed akademikiem.
- O 4 nad ranem?- spytałam zdziwiona.
- Tak.
- Co? Po co?- spytałam zdziwiona.
- I tak nie będziesz spała, tylko powiedz swojemu kochasiowi, że dziś pasujesz co do szalonej imprezy. I spokojnie to nie randka.- mówił Louis.
- Spadaj. Kto powiedział, że gdzieś z tobą idę.- powiedziałam składając ręce na piersi.
- O 4 pod akademikiem.- powiedział Louis odchodząc. Na co ja prychnęłam.

~*~

Leżałam na łóżku i czytałam notatki, kiedy zdzwonił mój telefon. Zobaczyła numer Iana.
- Hej.- powiedziałam lekko sennym głosem.
- Hej TI. Co tam?- spytała entuzjastycznie chłopak.
- Może być.- powiedziałam ziewając.
- Co masz taki smutny głos. Szykuj się, bo zabieram cię na ostrą imprezę.- mówił Ian
-  Wiesz chyba dziś dam sobie spokój. Ostatnio troszkę olałam naukę i muszę się wziąć do nauki. Może spotkamy się w weekend, bo teraz musze się naprawdę przyłożyć.- powiedziałam.
- No dobrze.- powiedział trochę zawiedziony Ian.- To miłej nauki żabko.- rzekł Ian i się rozłączył.
Ostatnio między nami było trochę inaczej. Nawet całkiem go lubiłam, ale chyba nic z tego nie będzie. Na pewno, nie jeśli on będzie do mnie mówił żabko. Szczerze nienawidziłam żab. Jak on sobie to wyobrażał, ja będę jego żabką, a on moim ropuchem. Nie to nie  wchodziło w grę.
Pouczyłam się jeszcze do 23 i postanowiłam położyć się spać. Nagle się obudziłam. Długo się potem kręciłam próbując ponownie usnąć, ale nie wychodziło mi to. Sprawdziłam, która jestgodzina. 3.20. W głębi duszy i tak wiedziałam,  że już nie usnę. A może, by tak spotkać się z Louisem.- pomyślałam. Nie, nie wiadomo do czego ten wariat jest zdolny. Ale z drugiej strony, czemu nie. Przecież mam własny rozum. On do niczego nie może mnie zmusić. Szybko się ubrałam i wyszłam z pokoju.
Dochodziła już 4.10, a po Louisie nie było ani śladu. Byłam idiotką. Stałam sama na środku chodnika o 4 w nocy czekając na drugiego idiotę, nawet nie wiem w jakim celu. W pewnym momencie oślepiły mnie światła, nadjeżdżającej furgonetki. Nikogo innego jak, nie Louisa.
- Wiedziałem, że przyjdziesz partnerko. – powiedział chłopak uśmiechając się do mnie.
- Cicho bądź.- powiedziałam tylko, bo zdecydowanie o 4 nad ranem skończyły mi się wszystkie cięte riposty.
Louis uśmiechnął się łobuzerko i odpalił samochód.
- Nie pytasz, gdzie jedziemy?- spytał chłopak.
- Nie, bo przecież wiem.- mówiłam.- Przed siebie.- powiedziałam uśmiechając się do niego.
- Nie tym razem.- odrzekł Louis tajemniczo.
-Ale i tak się nie dowiem gdzie, nieprawdaż Louis?- spytałam.
- Szybko się uczysz partnerko. – powiedział Louis.
Po jakiś 30 minutach dotarliśmy na miejsce.
- O to obrzeża Londynu droga TI. Wspaniałe jezioro, które w dzień roi się od ludzi, którzy tak bardzo pragną uciec od ulicznego zgiełku i zmieszania życia. – mówił Louis idąc pod jakąś górkę, a ja szłam za nim.- Ale nocą mam monopol na to miejsce.- powiedział w  momencie, kiedy wyłoniła się woda.
To był naprawdę wspaniały widok. Wszędzie ciemno, a wręcz czarno. Tylko księżyc dawał światło, odbijając się od tafli wody na środku jeziora. I gdzie nie gdzie, mroczne ciemności jeziora rozświetlały migoczące gwiazdy.
- Louis…-powiedziałam tylko, bo naprawdę zaparło mi wdech w piersiach.
- Tak, wiem.
Nagle Louis podszedł pod sam brzeg, gdzie włożył rękę do wody.- Nawet ciepła.- powiedział.
Podeszłam do niego, a on lekko ochlapał mnie woda, pisnęłam i zmroziłam go spojrzeniem, którego i tak nie mógł zobaczyć, przez mrok. W pewnym momencie Louis ściągnął  koszule.
- Mogę wiedzieć co robisz?- spytałam zdziwiona i rozbawiona.
Louis uśmiechnął się zawadiacko słysząc moje pytanie. – Chcę się pochwalić muskulaturą wiesz.
- A no to spoko- odrzekłam.
Louis zdjął też buty i spodnie zostając w samych bokserkach i za nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować wskoczył do wody.
- Louis! Pojebało cię?- krzyknęłam.
- Nie, jak chcesz to też przecież możesz popływać.- odkrzyknął i płynął dalej.
-No weź, nie zostawiaj mnie tu samej. Louis.- krzyczałam.
Ale on wypływał coraz bardziej na środek jeziora. Nagle usłyszałam wycie jakiegoś psa. Dobra chyba już wolę się utopić, niż zostać rozszarpana przez jakieś zwierzę.
Zdjęłam szybko buty i w reszcie ubrań wskoczyłam do wody.
- Kurwa. Louis jaka zimna.- krzyknęłam.
- Nie marudź.- odkrzyknął mi.
- Gdzie jesteś? Nie widzę cię.- mówiłam szukając go wzrokiem dookoła.
- Na środku. Zresztą nie ruszaj się, podpłynę do ciebie.- powiedział.
Powoli zaczynałam przyzwyczajać się do temperatury wody. Nagle znikąd wyrósł przede mną Louis i ochlapał mnie wodą. Zaczęłam piszczeć, a on śmiać się. Szybko mu oddałam, co zapoczątkowało wodną wojnę. Chlapaliśmy, przytapialiśmy się i chowaliśmy nurkując pod woda.
Robiło się coraz jaśniej. Powoli zaczęłam widzieć zarysy twarzy Louisa. Jakie on miał piękne oczy. Znaczy zawsze wiedziałam, że są niebieskie, ale dopiero teraz zauważyłam jakie wyjątkowe. Ich błękit przybrał nowe barwy kontrastując z odcieniem wody.
Kiedy  już się zmęczyliśmy, zaprzestaliśmy walki, dryfowaliśmy w wodzie naprzeciwko siebie, ciężko dysząc.
- Louis zimno mi.- powiedziałam szczekając zębami.
- Chyba czas już wychodzić.- zgodził się ze mną Louis i podpłynęliśmy do brzegu.
Chłopak usiadł na trawie, a ja obok niego. Cały czas się trzęsąc.
- Po chuj się kopałaś w ubraniach. Teraz będzie ci zimno.- powiedział Louis marszcząc brwi.
- Wybacz, że tego dwa razy nie przemyślałam, kiedy uciekałam przed tymi kundlami. – powiedziałam z wyrzutem.
- Jakimi kundlami?- spytała zdziwiony Louis.
- Oj nie ważne. – powiedziałam.
- Masz.- powiedział nagle chłopak rzucając we mnie swoją bluzką. – To jest przynajmniej suche.
- Dzięki- powiedziałam po chwili wahania.
Zdjęłam swoją mokrą i założyłam koszulkę Louisa.
Zaczęło się już przejaśniać. Szczerze mówiąc pierwszy raz widziałam wschód słońca. Wiadomo zachód widywałam bardzo często jak każdy człowiek. Ale to było coś innego. Niebo zaczęło się robić jasno pomarańczowe, a promienie słoneczne oświetlały wszystko nadając niesamowity wyraz. Wszystko jakby budziło się do życia.
- To jest piękne Louis.- powiedziałam kładąc głowę na ramieniu chłopaka.
Louis westchnął. – Chyba za tym widokiem będę tęsknił najbardziej.- szepnął brunet, ale nie do końca byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam.
Obróciłam głowę i spojrzałam na Louisa. Kiedy  odkrył, że się w niego wpatruje też na mnie spojrzał. W sumie nawet nad tym nie panowałam. Musnęłam usta Louisa, równie zaszokowana moim posunięciem co on. Louis zachłannie oddał pocałunek…


KAHN

niedziela, 30 czerwca 2013

# 102. Louis | cz.1

Wkraczałam w nowy etap w moim życiu. Byłam bardzo podekscytowana i  ciekawa ale zarówno lekko zestresowana. Zabawa się już skończyła. Nastał czas, żeby wreszcie dorosnąć. Przynajmniej tak mówiła moja mama. Ja patrzyłam na studia trochę pod innym kontem. Oprócz nauki i całej reszty obowiązków liczyłam też na trochę innych doświadczeń. Chciałam poznać nowych ludzi. Bardziej dojrzałych niż te dzieciaki z liceum, ale za razem potrafiący się dobrze bawić.
Weszłam na sale, lekko się uśmiechając. Przyglądałam się ludziom, uświadamiając sobie, że nie znam tu ani jednej osoby. Co nie było dziwne skoro wybrałam akademik oddalony od mojego domu 600 kilometrów.
-Witam wszystkich bardzo serdecznie na waszym pierwszym roku na King's College London. Mamy nadzieje, że to będzie bardzo owocny i wspaniały rok. Szczególnie, że wchodzimy w nowy program. Za powodu, wielu przedmiotów, zostanie usprawniony nowy system. Zostaniecie dobrani w pary, w których  pojedyncza osoba, będzie się uczyła tylko połowy z przedmiotów, a druga osoba reszty. Będziecie musieli przekazać partnerowi wiedzę nabytą na swoich zajęciach,  w ten sposób sami ucząc się i utrwalając materiał.- powiedział dziekan.
Nie słyszałam nic o tym wcześniej. Ale chyba nie tylko ja, ponieważ przemowa dziekana wzbudziła duże poruszenie. Profesor zaczął chodzić wśród ludzi i dobierać ich losowo w pary.  Trochę się bałam i modliłam w duchu, żeby trafiła na kogoś po pierwsze normalnego, a po drugie skorego do współpracy.
- Panna TI TN jak mniemam?- powiedział dziekan patrząc w listę.
- Tak.- powiedziała i w tym samym czasie drzwi otworzyły się z impetem.
Do sali wszedł nie za wysoki brunet. Miał roztrzepane włosy i był ubrany w dość zabawny sposób. Bez ładu i składu. To wszystko dopełniał szeroki uśmiech na twarzy chłopaka.
- Wybacz Martin spóźnienie.- powiedział chłopak podchodząc do profesora.
- Dla ciebie Profesor Duff, panie Tomlinson.- powiedział mężczyzna patrząc surowo na chłopaka.- Dobrze, więc skoro raczyłeś przyjść będziesz w parze z TI.- rzekł profesor i odszedł.
- Więc witaj partnerko.- powiedział chłopak uśmiechając się do mnie.
Usiadł koło mnie na krześle i bez żadnych zahamowań położył nogi na stole.-  Jestem Louis.
- A ja TI.- powiedziała wysilając się na lekki uśmiech.
- Wiesz TI, pasuje do ciebie to imię. Dlaczego chcesz studiować medycynę ?- spytał Louis, zakładając ręce za głowę.
- A tak jakoś wyszło. Zarówno rodzice jak i dziadkowie to lekarze. Zresztą bardzo lubię..- mówiła, ale chłopak mi przerwał.
- Bardzo lubię pomagać ludziom. I ta świadomość, że robię coś dla drugiego człowieka jest taka budująca. Zgadłem?- spytał podnosząc brew.- To prawie, jak ja.- dodał, kiedy  pokiwałam głowa na tak.
- Myślę, że to już wszystko. Proponuje, abyście się lepiej poznali z waszymi partnerami. Jutro zaczynają się pierwsze zajęcia.- powiedział nagle dziekan.
Kiedy Louis usłyszał to, od razu wstał i zaczął iść w stronę wyjścia. Szybko zabrałam swoje rzeczy i podbiegłam do niego.- Zaczekaj! Myślę, że musimy obgadać parę spraw. Wiesz w związku z naszą współpracą i uczeniem się.- mówiłam praktycznie biegnąc obok chłopaka, który nie zwracał na mnie uwagi.
Nagle Louis zatrzymał odwracając się do mnie twarzą .- Pewnie, ale innym razem.- powiedział i znów zaczął iść.
- Co? Dlaczego?- krzyknęłam.
- Musze coś załatwić.- krzyknął chłopak przez ramię.
- Twój partner?- spytał jakiś chłopak podchodząc do mnie.
- Tak.- powiedziałam wzdychając i dopiero teraz spojrzałam na nieznajomego.
Był on bardzo przystojny i miał nieziemski uśmiech.
- Ian.- przedstawił się chłopak.
- TI.- powiedziałam.
- Urządzam imprezę w sobotę mam nadziej, że wpadniesz.- powiedział chłopak.
- Tak. Tak, jasne bardzo chętnie.- mówiłam, nie potrafiąc ukryć szczęścia.
~*~
Dni mijały tu szybko. Zanim się spostrzegałam nadszedł piątek. Wszystko było naprawdę wspaniałe. Ludzie byli bardzo mili i zabawni. Zajęcia też bywały  czasem interesujące, a Londyn okazał się jeszcze piękniejszy niż się spodziewałam.  Był tylko jeden problem. Louis. Nie widziałam go od poniedziałku.  Próbowałam się z nim skontaktować. Zdobyłam jego numer, ale nie odbierał. Dowiedziałam się też, gdzie znajduje się jego pokój, ale nikogo nie było. Jakby zapadł się pod ziemie. A przecież nie jestem w stanie ogarnąć sama tego co on miał na wykładach.
- Hej TI.- podbiegł do mnie Ian, kiedy po skończonych zajęciach wychodziłam z sali.
- Cześć.- powiedziałam uśmiechając się.
-To pamiętasz, że jutro na 22?
- Tak- powiedziałam.
- Super.- odrzekł Ina, uśmiechając się do mnie.
Nagle założył mi za ucho kosmyk włosów uśmiechając się do mnie  jeszcze szerzej. Lekko się zarumieniłam.  W pewnym momencie zobaczyłam nadjeżdżającą furgonetkę. Wyglądała dokładnie jak ta z Scooby Doo, a za kierownicą siedział Louis.
- Muszę lecieć. Zobaczymy się później.- powiedziałam Ianowi.
 - Dobra. To pa.- powiedział trochę zdziwiony Ian.
- Czy teraz już moglibyśmy pogadać?- spytałam poważnym głosem z nutką złości stając przy otwartym oknie furgonetki.
Louis  uśmiechnął się do mnie. – Pewnie. Wskakuj.- powiedział wskazując głową miejsce pasażera.
- Nie, na pewno nie będę nigdzie z tobą jeździć. Załatwmy to szybko teraz. Ustalmy, kiedy będziemy się spotykać, aby przekazywać sobie materiał. A potem będziesz wolny.- powiedziałam
- Nie mam do końca czasu na te bzdety. Innym razem. – powiedział Louis powoli odjeżdżając.
- Ale jak to? Żartujesz sobie ze mnie?- mówiłam. –Dobra stój.- powiedziałam, a chłopak momentalnie się zatrzymał.
Obeszłam furgonetkę i usiadłam od strony pasażera składając ręce na piersi.  Louis uśmiechał się zwycięsko i mimo, że próbował to ukryć doskonale to widziałam.
- Dobra to skoro i tak nie masz na nic czasu to może teraz chociaż opowiesz mi co miałeś na wykładach, a ja albo reszty dowiem się od kogoś innego, albo poszukam w internecie. – powiedziałam, kiedy już trochę ochłonęłam.
- Nie było mnie na wykładach.- powiedział, jakby nigdy nic.
- Nie.- zdziwiłam się.- To by tłumaczyło dlaczego nie mogłam cię nigdzie znaleźć. Zresztą gdzie my do cholery jedziemy?
- Przed siebie.
- Co? I o co chodzi z tym całym motywem Scooby Doo? – pytałam robiąc się coraz bardziej nie miła.
- To jest bajka wszech czasów. Dobra powiedz gdzie mam jechać.- odrzekł Louis stając na skrzyżowaniu.
- Co ty robisz? Wstrzymujesz ruch.- powiedziałam słysząc ryk klaksonów.
- Wybierz, gdzie skręcamy.- powiedział Louis rozbawiony całą sytuacją.
- Dobra, skręć w prawa.- powiedziałam.
- Jak sobie życzysz.
- Wysiadamy.- powiedziała nagle Louis, zatrzymując samochód.
Otworzył drzwi i wyskoczył na zewnątrz, a ja poszłam w jego ślady. – Co, gdzie idziemy?- pytałam.
- Uczyć się. Myślałem, że tego pragniesz partnerko. – powiedział Louis uśmiechając się do mnie.
Kiedy doszliśmy do wejście do jakiegoś budynku Louis nagle odwrócił się do mnie tak, że było między nami tylko parę centymetrów.
- Rób to co ja.- powiedział i zanim zdążyłam zapytać o co mu chodzi porwał mnie do góry biorąc na ręce.
Otworzył drzwi i wbiegł do środka.- Spokojnie kochanie już jesteśmy na miejscu.- krzyczał, a ja nie rozumiałam o co chodzi.
Dopiero po chwili  zauważyłam, że byliśmy w szpitalu.  Ludzie dziwnie się na nas patrzyli. Louis cały czas krzyczał coś, że wszystko będzie dobrze.
- Zobaczysz wyjdziesz z tego.- powiedział.- Proszę zatrzymać windę.- krzyknął do jakiegoś gościa, który właśnie wchodził do windy,
Mężczyzna zatrzymał drzwi windy i sam ją opuścił pozwalając wejść do niej Louisowi ze mną na rękach. Louis wcisnął pierwszy lepszy przycisk i stał tak po prostu cały czas trzymając mnie w ramionach.
- Co to było?- spytałam zszokowana. – Puść mnie w tej chwili.
Louis wypuścił mnie. Kiedy winda się otworzyła wyszłam z niej i z oburzeniem zaczęłam iść przed siebie. Nagle ktoś pociągnął mnie za rękę i wciągnął do jakiegoś pomieszczenia.
- Louis, co ty wyprawiasz?- spytałam, kiedy zobaczyłam, że to on.
- Zobaczysz. Włóż to. –powiedział rzucając we mnie jakimiś rzeczami.
- Nie wierze, że to robię.- powiedziałam naciągając gumowe, białe rękawiczki.
- Będziesz kiedyś opowiadała wnukom jak to ich babcia poczyniała swoje pierwsze kroki w stronę medycyny. – powiedział Louis wypychając mnie na zewnątrz.
Założyliśmy z Louisem białe stroje, które znaleźliśmy w składziku. I szliśmy teraz przez korytarz. On jako lekarz, a ja jako pielęgniarka.
-Gdzie idziemy?- spytałam cicho.
Ale zanim Louis zdążył mi opowiedzieć, ktoś zaczął nas wołać.
-Doktorze.- krzyczała jakaś kobieta.
- Nie odwracaj się.- powiedział do mnie Louis cały czas idąc.
Ale kobieta cały czas nas wołała, w końcu Louis się obejrzał.
- Potrzebuje mnie pacjent z 156, a panią szuka doktor Mat.- powiedział Louis.
- Przed chwilą byłam u doktora.- powiedziała zdziwiona pielęgniarka.
- Skąd wiedziałeś, że istnieje ktoś taki jak doktor Mat?- spytałam, kiedy skręciliśmy, gdzieś i zgubiliśmy pielęgniarkę.
- Nie wiedziałem.- powiedział Louis uśmiechając się.
- Nie ważne.- powiedziałam.
Wyprzedziłam chłopaka i zaczęłam nas prowadzić.
- Mogę wiedzieć, gdzie idziesz?- spytał chłopka idąc koło mnie.
- Skoro ty i tak nie planujesz dojść w żadne konkretne miejsce, pozwól, że ja nas stąd wyprowadzę, bo jeśli ktoś się zorientuję, że jesteśmy idiotami, którzy przebrali się w to, możemy mieć mały problem.- powiedziałam.
- Mi to pasuje, ale na razie to ty mnie doprowadziłaś do kostnicy. – powiedział Louis  i wskazał na drzwi, na których znajdował się wielki napis „Kostnica”.
Dopiero teraz zrozumiałam dlaczego nie było tu ani żywej duszy oprócz nas.
- Wynośmy się stąd.- powiedziałam.
Louis zaczął się śmiać.- Jak sobie życzysz partnerko.
Włóczyliśmy się jeszcze jakieś 20 minut po szpitalu. Wydawało mi się, że się zgubiliśmy. Ale nie chciałam już nic mówić, a Louis i tak by tego nie przyznał.
Nagle uśmiechnął się stając przy jakiejś sali. – Chodź- powiedział uchylając drzwi.
Weszliśmy do środka. W sali znajdowały się małe łóżeczka z noworodkami. Wszystkie maluchy były  pogrążone w snie. Samoistnie się rozczuliłam. Podeszłam do najbliższego łóżeczka i uśmiechnęłam się widząc  uroczą dziewczynkę, która słodka spała z rączkami nad głową i lekko uchylonymi usteczkami.
- No weź ją na ręce.- powiedział Louis.
- Nie, no coś ty.- powiedziałam stanowczo.
On tylko przewrócił oczami i podszedł do mnie. Włożył ręce do kołyski i delikatnie zaczął podnosić małą.
- Uważaj.- powiedziałam, stresując się tym, że może coś się stać dziewczynce.
- Trzymaj ją.- powiedział Louis dając mi ją na ręce.
Ułożyłam ją sobie ostrożnie w ramionach. Mała ani drgnęła. Cały czas słodko spała i nie zważała na całą sytuację. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Od zawsze lubiłam dzieci. Ale nigdy nie miałam do czynienia z tak małymi i bezbronnymi istotkami.
Nagle usłyszeliśmy z Louisem jakiś hałas dobiegający z korytarza. Louis podszedł do drzwi i lekko je uchylił sprawdzając co się dzieje.
-Lepiej spadajmy stąd.- powiedział Louis.
Delikatnie odłożyłam dziecko.
-Chodź szybciej- powiedział chłopak i pociągnął mnie za rękę.
Wyszliśmy z sali i zaczęliśmy iść szybko w stronę innego skrzydła.
- To oni- usłyszeliśmy za sobą głos, tej samej kobiety co przedtem.
Obejrzałam się i zobaczyłam ją  z parom ochroniarzami.
- Chyba mamy kłopoty- powiedziałam do Louisa.
- Może troszkę.- odrzekł i się do mnie uśmiechnął. – Na trzy uciekamy. Raz, dwa, trzy.- powiedział Louis i ruszył biegiem przed siebie, a ja za nim.
Ochrona zaczęła nas gonić. Louis po drodze zrzucał z siebie wszystkie lekarskie akcesoria, a ja poszłam jego śladem. Nagle chłopak zatrzymał się przy oknie.
- Chyba nie będziemy skakać?- spytałam, ale w głębi duszy wiedziałam, że znając Louisa właśnie to zrobimy.
- Spokojnie złapię cię. – odrzekł i szybko przerzucił nogi przez parapet i skoczył.
Podeszłam do okna, sprawdzając czy nic mu nie jest.
- Teraz ty TI.- powiedział.
Gdyby ktoś, kiedyś mi powiedziała, że  będę skakała z pierwszego piętra, uciekając ze szpitala, przed ochroniarzami bym go wyśmiała. Ale jednak to się działo.
- Nie wierze, że to robię,- mówiłam sama do siebie.
Wiedziałam, że ochrona jest już blisko, więc zamknęłam oczy i ześlizgnęłam się z parapetu, wprost do ramion Louisa.
- Brawo partnerko- powiedział, po czym odstawił mnie na ziemię i razem pobiegliśmy do jego furgonetki.
- Nie wierze, że to wszystko się stało naprawdę.- powiedziałam, kiedy już ruszyliśmy.
Spojrzałam na Louisa, który skupiony był na drodze.  Nagle obydwoje w jednym czasie zaczęliśmy się śmiać.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. Szczególnie, że chcesz być pediatrą.- powiedział chłopak.
- Niby skąd wiedziałeś?- spytałam.- Zresztą nie ważne. – machnęłam ręką zastanawiając się czy ten chłopak nie potrafi przypadkiem czytać w myślach.
Kiedy w pewnym momencie Louis stanął, uświadomiłam sobie, że już dotarliśmy pod akademik.
- To ja już lecę.- powiedziałam i wysiadłam z samochodu.- Dzięki, za to Louis. Mimo, że i tak się nie pouczyliśmy było zabawnie.- powiedziałam do niego, zanim zamknęłam drzwi.

- Spoko partnerko.- odrzekł Louis. 

KAHN

wtorek, 25 czerwca 2013

# 101. Niall

Wiem, że ten imagin nie wyszedł mi za dobrze. Niestety chwilowo nie mamy co dodawać. Dlatego mam nadzieję, że nie będziecie na mnie złe, za to, że nie jest on najlepszy i może Wam się nie spodobać. Szczególnie, że dopiero co czytałyście fantastycznego Harrego nauczyciela LOLI c: 
_______________________________________________________________________

1 września

- Mam dzisiaj wolną chatę. Kto wbija ?- spytał John.
- Nikt. Uwierz twoja babcia jest super, ale spędzanie piątkowego wieczoru grając w scrabble z osiemdziesięcioletnią staruszką nie należy do moich ulubionych zajęć.- powiedział David, na co wszyscy zaczęli się śmiać.
- Oj cicho siedź. To się więcej nie powtórzy. Pomyliły się jej dni. Myślała, że mam urodziny. – bronił się John.
- Nie ważne ja i tak nie mogę. Liz chcę jechać poszukać jakiejś kiecki na bal -powiedział David.
- Ja nic nie robię, więc wpadnę.- powiedziałem wzruszając ramionami.
- Super.- powiedział  John i przybił ze mną żółwika.
- Hej. – powiedziała nagle Anna słodko się uśmiechając.
- Siema.- przywitaliśmy się.
- Mama chciałaby wiedzieć, czy moglibyście jej pomóc jutro w rozkładanie podestu i reszty sprzętu. – spytała dziewczyna.
- Jasne.- powiedział David.
- Do siedemnastej jestem twój.- zgodził się też John.
-Fantastycznie. A ty Niall ?- spytała, przenosząc na mnie spojrzenie.
- Ja jestem trochę zajęty i nie wiem czy dam rady się wyrwać.- powiedziałem.
- No to…- zaczęła Anna trochę zdziwiona.- No cóż szkoda, mam nadzieje, że dasz jednak radę się wyrwać.- powiedziała obdarzając mnie szerokim uśmiechem.
Uśmiechnąłem się do niej lekko.
- Czy tylko ja nie potrafię odmówić tej dziewczynie ?- spytał David, kiedy Anna odeszła
- Nie, nie tylko ty. Ona jest przerażająca. Ale tyłek ma boski.- powiedział John.- I wyraźnie na ciebie leci Niall.
- No dokładnie. A wiesz, jaka ona jest. Zawsze ma to czego chcę. A teraz zdecydowanie chcę ciebie.- mówił David.
- Przestańcie. Tydzień temu zerwałem z Debby. Na razie nie szukam kolejnej, sztywnej  laski z masą tapety na twarzy. Zresztą nie ważne nie rozmawiajmy teraz o tym. - powiedziałem.
- Jasne. Jak chcesz. Ej patrzcie. – powiedział nagle John.
W naszym kierunku szła szkolna kujonica Faye. Jeszcze nigdy w życiu nie dostała gorszej oceny niż cztery z plusem. Ale była również znana z tego, że była bardzo atrakcyjna dziewczyną. Na co dzień ukrywała, to pod dużymi okularami, które zasłaniały jej połowę twarzy, za dużymi o jakieś 5 rozmiarów ubraniami i włosami zawsze związanymi w ciasny kok. Tylko raz w roku pokazywała swoje  piękniejsze oblicze, kiedy brała udział w okolicznym konkursie piękności, który organizowała jej mama. Za każdym razem Faye zdobywał pierwsze miejsce, doprowadzając tym do szału, zmalowane, sztuczne dziewczyny. Obok Faye szła nie za wysoka dziewczyna. Od razu widać było, że nie była tutejsza. Wiatr rozwiewał jej długie włosy, które były tylko naturalnie pofalowane.
- Kto to?- spytałem chłopaków.
- Nowa. Pewnie Faye ją oprowadza. – powiedział John.
- Cześć. Przedstawiam wam TI, TI to John, David i Niall.- przedstawiła nas sobie Faye.
- Czyli szkolne ciacha. Najwięksi luzacy w szkole i pewnie jeden z was jest chłopakiem  tej dziewczyny z pomarańczową twarzą  i w chuj długimi nogami. – powiedziała TI, bez żadnego skrepowania.
John i David wybuchli śmiechem. Nie było wątpliwości, że dziewczyna mówiła o mojej byłej Debby.
- No cóż TI zostawiam cię z chłopakami, bo o ile się nie mylę następna lekcje masz z Davidem i Niallem, więc do zobaczenia. – powiedziała Faye i powoli odeszła.
- To teraz pozostajesz w naszych rękach. Ale myślę, że my pokażemy ci trochę bardziej interesujące rzeczy niż Faye.- powiedział John mrugając do TI,  zarzucając jej po przyjacielsku rękę przez ramię.
- Nie wątpię.- powiedziała TI, łapiąc za jeden z palców u ręki John i zrzuciła jego rękę z ramion.
Po czym zaczęła iść w stronę szkoły. – Idziecie ? – spytała odwracając się przez ramię.
- Już biegniemy. – powiedział John. – Gorąca. –szepnął do mnie John.
- O tak.- powiedziałem uśmiechając się sam do siebie.

~*~

28 sierpnia.

- Zdecydowanie ci się tu spodoba. To taka  miła okolica. I jacy wspaniali ludzie tu są. Nasi sąsiedzi mają taką śliczną 4 letnią córeczkę… - zachwycała się moja mama.
Ale dla mnie to wszystko co gadała było zwykłym pieprzeniem. Czułam, że zapowiada się naprawdę bardzo długi rok. Na szczęście ostatni. Czułam, że tak naprawdę dopiero wtedy zacznę znowu żyć. Ale na razie przede mną jeszcze równe  303 dni. Wakacje tym razem minęły jeszcze szybciej niż zwykle. Z różnych przyczyn. Miałam tylko nadzieje, że rok szkolny minie równie szybko.
Wpatrywałam się w szybę, przyglądając się okolicy. Właśnie czegoś takiego się spodziewałam. Przeciętne miasteczko, gdzie wszyscy znają się od urodzenia i wiedzą o sobie wszystko. Wszystkie domy były do siebie podobne.  Budowane według jednego schematu. Jedno piętrowe, dachy z czerwonej dachówki i duża weranda przed domem.
- Jesteśmy. – na miejscu.- powiedziała mama, uśmiechając się podekscytowanie.- O to twój nowy dom.
„Mój nowy dom” był dokładnie taki sam jak wszystkie wokół. Tylko ogród był dużo większy i dużo bardziej kolorowy. Było tu tysiące różnych roślin. Począwszy od zwykłych stokrotek, skończywszy na wielkich kaktusach. Wyglądało to dość dziwacznie i było zdecydowanie przesadzone.
- Podoba ci się ogród? – spytała mama.- To dzieło Xaviera.
- Domyśliłam się.- odparłam bez krzty entuzjazmu.

2 września

Siedziałam sama przy stoliku podczas długiej przerwy wcinając śmietankowe lody. W sumie nic mnie nie zaskoczyło w tej szkole. Wszystko było takie jak się spodziewałam.
- Hej.- usłyszałam nagle jakiś męski głos.
Podniosłam głowę do góry i zobaczyłam uroczego blondyna, którego miałam okazje wczoraj poznać. Był to zdecydowanie jeden z gwiazd szkoły, którego dziewczyna na pewno zostaje królową balu. Czasem życie tak łatwo jest przewidzieć, ale ludzi tak łatwo przejrzeć. Spojrzałam na uśmiechającego się chłopaka, po czym przeniosłam wzrok z powrotem na moje lody i też się lekko uśmiechnęłam.
- Lody na drugie śniadanie ? – spytała siadając obok mnie.
- Nie koniecznie.- odrzekłam, bawiąc się łyżką w pudełku lodów. – Lody na śniadanie, obiad i kolacje.
Chłopak zaśmiał się i zrobił gryz swojej kanapki.
- Jesteś pierwszą osobą jaką znam, która do tego stopnia lubi jeść lody.- powiedział Niall.
- To skomplikowane. Ale to jedyna dobra rzecz, którą mogę jeść.- odrzekłam.
Niall zmarszczył lekko brwi, widocznie nie rozumiejąc o co mi chodzi. Mimo, że na razie rozmowa była lekko drętwa i czułam się trochę niezręcznie, to jakoś Niall wydawał mi się miły i zdobył moją sympatie.
- Bo widzisz przeprowadziłam się tu razem z moją mamą i jej  mężem, który, że tak łagodnie ujmę jest dość specyficzny. – zaczęłam.
- Gość z kitką, który ma zawsze okulary słoneczne?- spytał Niall.
- Dokładnie. Ma na imię Xavier, ale woli jak się do niego mówi X. I jest na serio pojebany. Zacznijmy od tego, że on jest jakby wegetarianinem, ale takim, że nie je roślin. Uważa, że są to stworzenia w najczystszej postaci, że nie popełniły żadnego grzechu i dają życie wszystkim pozostałym organizmom. Więc w domu X nie ma niczego z roślin, oprócz tysiąca żywych kwiatów, wszelkiej odmiany. A uwierz zdziwił byś się, ale praktycznie w każdym produkcie jest coś pochodzenia roślinnego. A jeśli nie ma jest po prostu niezjadliwe. Tylko lody są wyjątkiem. Xavier je akceptuje, bo, kiedy je je w czasie pełni ma lepszy kontakt z naturą. A no właśnie zapomniałam powiedzieć, że ma tez bzika na punkcie wszystkiego związanego z kosmosem szczególnie z księżycem. Od niego bierze energię życiową na przykład.- mówiłam, co jakiś czas wywracając oczami.
Kiedy skończyłam opowiadać o moim ojczymie Niall zaczął się śmiać, a ja szybko dołączyłam do niego.
- Kurde, a ja serio myślałem, że to moja rodzina jest pojebana. – powiedział Niall.
- Pewnie każda jest dziwna na swój sposób. Ale i tak nic nie może się równać z moja. A wiesz, co do tych lodów to też nie jest tak bosko, naprawdę ciężko jest znaleźć jakieś, które nie mają związku z roślinami. – powiedziałam, grzebiąc w moich lodach, na które tak naprawdę nie miałam ochoty.
Niall widząc to spojrzał na swoja kanapkę i wyciągnął ją w moją stronę.- Chcesz, możemy się zamienić. Jest tu sałata, pomidor, szynka coś tam jeszcze.- powiedział zaglądając do kanapki.
- Ok.- powiedziałam i posunęłam lody w jego stronę i wzięłam od niego kanapkę. – Kurde, ona jest pyszna. – powiedziałam, kiedy zrobiłam gryza.
Niall zaśmiał się na to krótko.

~*~

5 września

- Wczoraj,  mama znalazła, jakieś stare butelki i pety pod łóżkiem. W ogóle one to chyba są jeszcze z podstawówki. Kompletnie zapomniałem o ich istnieniu.- mówił David.
- No co ty. I jak się tłumaczyłeś?- spytałem, zamykając moją szkolną szafkę.
- Nie za bardzo miałem okazje na rekcje, pomiędzy krzykami mojej mamy, walenia mnie ścierką i wyzywania od satanistów.- powiedział David. – Ale wyszło, że do balu mam szlaban.
- Uuu to słabo.- stwierdziłem, zdając sobie sprawę, że to jeszcze bite dwa tygodnie.
Moja rodzina nie była typową rodziną z tego miasteczka. Może dlatego, że mój tata nie pochodził stąd. Przeprowadziłem się tu 6 lat temu i do przybycia TI, to ja byłem w sumie wciąż tym nowym. W każdym razie, moi rodzice nie angażowali się aż tak bardzo udziału w sprawy miasteczka, ani  nie przejmowali się tak corocznym balem.
Nagle w tłumię, zobaczyłem drobną postać TI. – Muszę lecieć. – powiedziałem do Davida i pobiegłem w stronę TI.
- Hej.- przywitałem się , kiedy przeciąłem jej drogę.
- Cześć.- powiedziała dziewczyna uśmiechając się.
- Dziś mam dla ciebie, jabłko.- powiedziałem podając jej najbardziej czerwone jabłuszko, jakie udało mi się wybrać w pobliskim sklepie.
Codziennie, przynosiłem TI jakieś warzywo lub owoc. Za co ona nagradzała mnie szerokim uśmiechem. TI wzięła ode mnie niepewnie jabłko, rozglądając się i sprawdzając czy nikt nas nie obserwuje.
- Spokojnie.- powiedziałem, rozbawiony jej zachowaniem.- Zachowujesz się jakbym ci dawał narkotyki, czy coś.
- Oj nie wiem czy narkotyki nie byłby dla mnie bardziej bezpieczne. – powiedziała, wgryzając się w jabłko.- Jeśli X by się dowiedział, że zjadam jego braci.- żartowała dziewczyna.
Szliśmy razem z TI pod klasę, gdzie mieliśmy mieć razem biologię.
- Co to za bal ?- spytała TI, zatrzymując się przy zawieszonym plakacie, informującym o corocznym balu.
- Jest to przyjęcie koktajlowe, wydawane co roku przez moją rodzinę, z okazji rocznicy założenia miasta. To naprawdę coś ważnego. W tym roku wypada 200 lat. Ty pewnie jesteś TI- przedstawiła się Anna, jak zwykle zjawiając się znikąd.- Ja jestem Anna. Jako nowa mieszkanka tego miasta musisz się koniecznie zjawić. Zapytaj się zresztą Nialla. Zawsze jest wspaniale. Już nawet nie pamiętam od kiedy ja i Niall przygotowywujemy dekoracje. – powiedziała dotykając przy tym mojego ramienia i uśmiechnęła się do mnie słodko.- A właśnie może wpadniesz dziś. Zaczęlibyśmy już wszystko planować.
-Jeszcze nie wiem, czy mogę. Ale jeśli dam radę to wpadnę z TI.- powiedziałem z naciskiem na ostatnie słowo.
Anna wyglądała jakby ja zatkało. Ale ten stan trwał tylko chwilę i zaraz szybko wróciła, stara Anna, która zawsze ma wszystko pod kontrolą.-  Oczywiście. Było by super, jakbyś i ty wpadła TI. Wybaczcie, ale teraz muszę już, lecieć. W każdym razie daj mi znać Niall.- powiedziała Anna.
- Nie martw się nigdzie nie idziemy.- powiedziałem uśmiechając się do TI, kiedy Anna odeszła.
- No wiesz Niall, ta dziewczyna tak liczy na naszą pomoc. – droczyła się, ze mną TI.
- Znaczy oczywiście, jeśli lubisz zawieszać balon i lampiony na 20 metrowe  drzewa , słuchając przy tym  ulubionej opowieści dziadka Anny o kubie rozpruwaczu to możemy tam jechać. – powiedziałem.
- To może jednak innym razem. – powiedziała TI.
- To dobrze, skoro odpada pomoc Annie to może chciałabyś porobić dziś cos innego?- spytałem.
Słysząc to TI lekko się zarumieniła. Widząc to uśmiechnąłem się sam do siebie. Było to niezwykle urocze. Zresztą ona całą była urocza.
- Co na przykład? – spytała.
- No nie wiem. Może chcesz zjeść, jakiś porządny obiad. Ja stawiam.- powiedziałem.
- Okej.- powiedziała i nagle zatrzymała się przy jakimś motorze.- To jedziemy?
Spojrzałem na nią pytająco.- To twój motor?
- Tak.- odrzekła jakby nigdy nic.
- Pieprzysz.- powiedziałem i zacząłem z zaciekawieniem oglądać go z każdej strony.
- Nie, nie pieprze. – powiedziała rozbawiona TI. – To jedziesz czy nie?- spytała siadając na motor.
- Tak, jedziemy. Tylko nie tym. Czułbym się trochę dziwnie. Wiesz jakby to powiedzieć. mało męsko, gdybyś ty prowadziła. Więc nie daleko stoi mój samochód i możemy nim pojechać. Ja wtedy będę prowadził i mój honor pozostanie nie tknięty. – powiedziałem.

10 września

- Wiesz mogłabym się do tego przyzwyczaić.- powiedziała TI.
Siedzieliśmy na pomoście nad małym jeziorkiem. Obydwojgu nam nie uśmiechała się  możliwość słuchania wywodów pana Christophera na temat drugiej wojny światowej. Dlatego się zerwaliśmy. TI siedziała z nogami zanurzonymi do kolan w wodzie i zajadała się truskawkami, które dla nas przyniosłem.
- Do czego?- spytałem.
- Do tego, że jestem przez ciebie dokarmiana. – powiedziała uśmiechając się do mnie.
- Przyjemność po mojej stronie. To zabawne, ale to lubię. Lubię ta świadomość, że mogę coś dla ciebie zrobić.  –mówiłem.
- Oj już sobie tak nie słodźmy Horan.- powiedziała TI szturchając mnie łokciem.- Zawsze jadłam truskawki z tatą.- powiedziała nagle TI.
- Nigdy o nim nie wspominasz.
- To trochę skomplikowane. Gdy miałam 8 lat mieszkałam w podobnej mieścinie, jak ta. Ogólnie, kiedy rodzice byli razem, często się przeprowadzaliśmy. Ale w tamtym miejscu mieszkaliśmy już półtora roku. Chodziłam tam do szkoły. I wszystko wydawało się naprawdę być okej, kiedy nagle rodzice się rozwiedli. Mama poznała Xaviera, przez chwilę z nim mieszkałam, ale nie potrafiłam sobie poradzić w nowej sytuacji. Mama przy nim nie była już ta samą osobą. On zmienił  całe życie mojej mamy i chciał zmienić moje. Więc, któregoś dnia po prostu wzięłam mojego ulubionego misia i wyszłam, z domu przez okno. To byłam moja wielka ucieczka. Wsiadłam w pierwszy, lepszy autobus, który wywiózł mnie jakieś 30 kilometrów od domu. Tam zadzwoniłam z butki telefonicznej do taty. Przyjechał po mnie. Po paru awanturach z mamą postanowił, że z nim zamieszkam. Wtedy czułam, że wreszcie życie zaczyna się układać. Mieszkaliśmy wielkim mieście, w Nowym Jorku. Chodziłam tam do szkoły, gdzie miałam wielu przyjaciół.  Ale, kiedy skończyłam 15 lat tata zapoznał Spencer i się z nią ożenił. To już nie było to samo.  Już nie liczyłam się tylko ja. A kiedy okazał się, że Spencer jest w ciąży było tylko gorzej. Ona wtedy uświadomiła sobie, że to już czas, abym wyniosła się do mojej matki. Uważała, że dom dla naszej czwórki będzie za mały i ja nie będę odpowiednim przykładem dla tego dziecka. Tata z czasem zaczął jej ulegać. Natomiast wszystko przesądził moment, kiedy zostałam przyłapana na jaraniu w szkole. Do szkoły przyszła Spencer i zabrała mnie od razu na lotnisko. Powiedziała tylko, że już na mnie czas najwyższy i wsadziła mnie w samolot. Kiedy już byłam na miejscu zadzwoniłam do taty, a on powiedział „ TI, Spencer mi wszystko opowiedziała. Nie mogę teraz rozmawiać, jestem na USG z Spencer”- to wszystko. Od tamtego momentu nie rozmawiałam z nim. Parę dni temu napisała do mnie wiadomości, że Spencer urodziła dziewczynkę i wysłał zdjęcie dziecka. – powiedziała TI, patrząc przed siebie.
Nie wiedziałem, co powinienem zrobić, albo powiedzieć. To było dla niej trudne. A ja chciałem ją tylko przytulić i powiedzieć, że już będzie dobrze.
- Już mi wszystko przeszło. Nie jestem już wściekła na tatę. Ale…- powiedziała TI, ale zatrzymała się, jakby nie wiedziała, jak ubrać w słowa, to co ma na myśli.
- Ale jednak masz mu to za złe.- dokończyłem za nią.
Kiedy to mówiłem TI przeniosła swój wzrok na mnie. – Masz do niego żal, że o ciebie nie walczył. Potrzebowałaś go wtedy, a on tak po prostu odpuścił.- mówiłem.
- Tak.- powiedziała tylko TI, a ja widziałem jak jej oczy robią się coraz bardziej zamglone.
- Ale chcę, żebyś wiedziała, że jesteś  zdecydowanie warta, aby o ciebie walczyć. Twój tata wtedy spieprzył to prawda. Ale jestem pewien, że żałuje i wiesz ludzie popełniają błędy. A ty jesteś dobrą, wspaniałą dziewczyną i musisz wiedzieć, że każda osobą, która cię zna, jest gotowa ci pomóc w każdej sytuacji, bo wie, że na to zasługujesz. Ja to wiem i zawsze możesz liczyć na moją pomoc. – powiedziałem.
- Kurde Niall. To była chyba najpiękniejsza rzecz, jaką ktokolwiek mi powiedział.- powiedziała TI, uśmiechając się lekko. – Jesteś naprawdę super wiesz.
- Staram się.- powiedziałem i objąłem ja ramieniem, przyciągając do siebie.
- Dzięki.- powiedziała TI, kładąc policzek na moim ramieniu.
- Wiesz, za pięć dni jest bal. I wiadomo, że musisz iść, Szczególnie, że jesteś nowa. To będzie okazja, żeby zaprezentować się całemu sąsiedztwu. Planowałem nie iść, ale myślę, że lepiej dla twojego bezpieczeństwa pójdę z tobą. Mama Anny potrafi być bardzo wścibska i bezpośredni, szczególnie po lampce wina. – powiedziałem.
- Czy to randka?- spytała TI, lekko się rumieniąc.
Uśmiechnąłem się do niej. – Nie. Nasza randka będzie strasznie romantyczna. To  będzie trochę jak egzamin, który będę ci pomagał zdać. Potem przyjdzie czas na przyjemności i na randki.

15 września

- Nie wierze, że tym przyjechałaś.- powiedziałem do TI.
- Oj chciałam, dać ludziom trochę tematu do plotek.- powiedziała TI zdejmując kask i schodząc ze swojego motoru.
Weszliśmy razem do domu Anny, która przywitała nas na progu. Widać było, że nie była zachwycona  faktem, że przyszedłem z TI.
- Dobra, to teraz idź do mamy Anny i reszty, ładnie się przedstaw, porozmawiaj z nimi z dziesięć minut, a potem spieprzaj jak najszybciej. Wyjdziemy jakby nigdy nic i wtedy zabiorę cię na randkę. – powiedziałem jej do ucha.
- Okej.- odrzekła i zaczęła już od chodzić.
- TI.- krzyknąłem, a ona od razu się odwróciła- Mówiłem, ci już, że pięknie wyglądasz?
TI tylko się do mnie uśmiechnęła i ruszyła w kierunku  mamy Anny i reszty.
- To miłe z twojej strony, że się tak zajmujesz tą nową- powiedziała nagle Anna podchodząc do mnie.- Ale myślę, że powinieneś uważać.
- O czym ty mówisz?- spojrzałem na nią nie mając pojęcia o czym tym razem pieprzy.
- No wiesz, ona jest inna niż my. Ludzie różne rzeczy o niej mówią. Zresztą sam na nią spójrz.  Założyła trampki. Trampki do wieczorowej sukni. To nie jest  jakąś podrzędna impreza, na których pewnie do tej pory bywała. Na prawdę – mówiła Anna, ale jej przerwałem.
- Czy ty w ogóle słyszysz co mówisz? – spiorunowałem ją wzrokiem. – Przestań mi pieprzyć takie głupoty. Właśnie to, że jest od nas inna lubię w niej najbardziej. Nie zdążyła, jeszcze przesiąknąć tym wszystkim. Tymi plotkami i osądzaniem ludzi. Powinniśmy brać z niej przykład.  Zarówno ja i zdecydowanie ty.- powiedziałem i odszedłem od Anny zastawiając ją purpurową ze złości.

~*~

Starałam się znaleźć Nialla w tłumie ludzi. Nigdzie go nie było widać. Wspinałam się teraz  na dużą górkę za domem i dziękowałam Bogu, że jednak zrezygnowałam z niewygodnych szpilek. Ludzie jakoś nie byli bardzo wścibscy, albo nie myli. Oczywiście nie obyło się bez krzywych spojrzeń, szczególnie starszych pań, ale myślę, że poszło dobrze.
Kiedy doszłam na samą górę zobaczyłam jakąś postać siedząca na kamieniu. Przez chwilę miałam nadzieję, że to Niall, ale zauważyłam, że to osoba jest za drobna i mała jak na niego. Wreszcie poznałam, że była to Anna. Na początku chciałam się wycofać wiedząc, że dziewczyna za mną nie przepada, ale kiedy ona mnie zauważyła zrozumiałam, że już na to za późno.
- Kogo mu tu mamy.- powiedziała podchodząc do mnie trochę chybocząc się na nogach.
- Hej.- powiedziałam.
Dopiero po chwili zauważyłam, że w ręku trzymała butelkę wódki, po połowy pustą. Wydawało mi się też, że płakała, ale nie byłam pewna , bo było już ciemno.
- Wiesz, co nienawidzę cię kurwa. Chciałabym, żebyś zdechła.- powiedziała wymachując rękami.
Zatkało mnie. Różne rzeczy słyszałam, ale nigdy niczego tak dosadnego i bezpośredniego.
- Tak dobrze słyszałaś mała  suko. Odkąd pamiętam zawsze go kochałam. Miałam do niego pierwszeństwo.  Nagle pojawiasz się ty i owijasz go sobie wokół palca. – mówiła Anna podchodząc do mnie i zabawnie gestykulując. – Co cię bawi TI ?- spytała plując na mnie przez przypadek.
- Nic. Ja musze już lecieć, ty tez powinnaś, a przynajmniej zostawić to.- powiedziałam i chciałam zabrać jej butelkę, ale szybko ją schowała za plecy.
- I do tego jesteś złodziejką. – powiedziała oburzona.
- Nie ważne.- powiedziałam zrezygnowana i już chciałam odejść, kiedy Anna złapała mnie za rękę i odwróciła w swoją stronę.
- Masz zostawić Niall w spokoju. Nie zasługujesz na niego.- mówiła i coraz bardziej zaciskała uścisk na moim ramieniu.- Nawet twój własny ojciec cię nie chce.
Tego było już za wiele. Odepchnęłam ją z całej siły, przez co ona upadła na ziemię.
-Odpierdol się ode mnie.- krzyknęłam.
Anna szybko wstała i rzuciła się na mnie, czym mnie strasznie zaskoczyła. Zaczęłyśmy się czołgać po ziemi., drapiąc, gryząc i ciągnąc za włosy. Nagle Anna zaczęła mnie dusić. Wtedy myślałam, że naprawdę chcę mnie zabić. Udało mi się jakoś ją z siebie zrzucić. Teraz to ja byłam nad nią. Anna złapała mnie za rękę i mnie w nią ugryzła, no co ja uderzyłam ją w brzuch.
Nagle poczułam jak ktoś łapię mnie w pasie i ściąga z Anny.  Był to Niall, który musiał mnie przytrzymywać z całej siły, bo wierzgałam i krzyczałam, żeby mnie puścił. Nie zamierzałam  pozwolić, aby to wszystko uszło Annie na sucho. Natomiast dziewczyna płakała i mówiła coś o tym, że niby to ja na nią napadłam do jakiegoś innego chłopaka, który pomógł nas rozdzielić.
- TI idziemy- powiedziała stanowczo Niall, odwracając mnie tyłem do Anny.
- Dobra.- powiedziała fukając.
Szliśmy przez jakieś dobre dwadzieścia minut zanim się uspokoiłam. Kiedy opuściła mnie cała złość, usiadłam na pobliskim kamieniu razem z Niallem i opowiedziałam mu wszystko.
- A wszystko przez to, że cię szukałam.  W ogóle, gdzie do cholery byłeś, to wszytko to twoja wina
Niall rozśmiała się słysząc oskarżenia.- Wybacz, ale zostałem wysłany przez pani Robi wraz z Davidem  po więcej napojów. – powiedział. –I kiedy wróciłem, to wtedy ja nie mogłem cię znaleźć i nagle usłyszałem cię krzyczącą „Odpierdol się ode mnie”. I czułem, że szykują się kłopoty.
-Tak. Jedna z dziewczyn zakochany w tobie po uszy, chciała mnie zabić. Tak myślę, że gdybyś zjawił się trochę później mogło być , już nieciekawie. – powiedziałam.
- Ale chyba z Anna, bo z tego co widziałem,  to naprawdę mocno jej dowaliłaś. – powiedział  Niall lekko się do mnie uśmiechając.
Nic na to nie odpowiedziałam, bo zaczęłam się nad czymś głęboko zastanawiać.
- Ale wiesz, Anna uświadomiła mi coś ważnego. Jesteś naprawdę wspaniałym chłopakiem i nie wiem po co ci taka ja, której nawet właśni rodzice nie chcą. – powiedziałam nie patrząc jej w oczy.
- Czekaj, czekaj. O czym ty mówisz? To ty jesteś wspaniałą osobą. Wydaje mi się, że całe życie kogoś udawałem. Robiłem wszystko, żeby wpasować się w towarzystwo. A przy tobie wręcz przeciwnie, nikogo nie udawałem. Wcześniej sam za bardzo siebie nie znałem, ale ty pomogłaś mi zrozumieć czego chce i kim jestem. Przy tobie odnalazłem prawdziwego siebie. Nigdy nie widziałem tego w jakim świecie żyje, jakimi ludźmi się otaczam. Dopiero ty mi uświadomiłaś, że oni wszyscy to banda nadętych, zarozumiałych bachorów. I ja nie chce dłużej tak żyć. Chcę ciebie. Nawet jako przyjaciółkę, Jestem gotowy stawić czoło całemu światu pod warunkiem, że będę to robił razem z tobą. Jeśli chcesz, możemy chodź zaraz wskoczyć na ten twój motor i wyjechać. Uciec tak daleko jak tylko będziesz chciała. – powiedział NIall, na jednym wdechu patrząc mi w oczy przez cały czas.
Patrzyłam na niego z lekko otwartymi ustami. Jakby w każdej chwili miał się z nich wydobyć jakiś dźwięk. Ale nie była w stanie nic powiedzieć. W końcu zaczęłam się lekko do niego uśmiechać i powiedziałam.- W takim razie, myślę, że powinieneś mnie pocałować Niall.
Chłopak, też się do mnie uśmiechnął i musnął swoimi ustami moje. Wydawało mi się, że jego słodkie usta smakowały lodami śmietankowymi, do których jedzenia był zmuszany, kiedy przebywał ze mną. Uśmiechnęłam się na tą myśl. - Kurde, nie dość, że potrafisz walić takie głębokie teksty względem nas to jeszcze tak całujesz.- powiedziałam lekko dysząc.
Niall uśmiechnął się łobuzerko słysząc to i złożyła na moich ustach jeszcze jeden pocałunek.
- Dobra. – powiedziałam wstając do góry.- Jeśli chodzi o ten twój planu z uciekaniem na motorze, to jestem, jak najbardziej na tak. Trzeba ci tylko załatwić jakiś cudny motorek, ale najpierw musimy cię nauczyć nim jeździć. – powiedziałam podając mu rękę.
Niall uśmiechnął się do mnie . Złapał moją dłoń i kiedy wstawał przyciągnął mnie do siebie wpijając  się w moje usta. Zarzuciłam mu ręce ma szyje i pogłębiłam pocałunek. 




KAHN