wtorek, 12 lutego 2013

# 62. Harry.| cz. 2

Dryyyyyyyyyyyyń, Dryyyyyyyyyyyyń.
Otworzyłam oczy. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Drażniący dźwięk wydobywał się jakoś dziwnie ze mnie. Co się dzieje ? Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to dzwoni telefon, który mam w bluzie.
- Halo ? – powiedziałam.
- Harry, gdzie ty jesteś do cholery ? – usłyszałam jakiś znajomy głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, do kogo należał.
- Słucham ? – powiedziałam.
- Harry ? To ty ? – zapytał mężczyzna.
Rozłączyłam się. Nie byłam żadnym Harrym to jakaś pomyłka. Nagle wszystko do mnie dotarło. To nie był mój telefon, tylko Harrego. I był on w jego bluzie, a ja ją miałam na sobie. A my byliśmy w parku i Yyyyy chyba sapaliśmy na stole. A ten koleś co dzwonił to był Billy, brat Harrego.
Dryyyyyyyń.
Telefon znów zadzwonił. Spojrzałam na wyświetlacz to był znów Billiy.
- Harry.- powiedziałam do jeszcze śpiącego chłopaka. A, kiedy widziała, że wcale się nie przebudza potrząsnęłam jego ramieniem.
Harry gwałtownie otworzył oczy, ale zaraz je zmrużył.
- Billy dzwoni.- powiedziałam podając mu telefon.
Chłopak podniósł się na łokcie i odebrał telefon.
- Tak.- powiedział zaspanym głosem.
- Kurwa gdzie ty jesteś ? – słyszałam stłumiony głos Billego.- I dlaczego jakaś laska odbiera twój telefon. ?
- Co ? – spytał Harry i chyba powoli zaczynał rozumieć co się działo.
- Harry nie było cię na imprezie, ale jesteś nawalony. Gdzie byłeś wczoraj i gdzie kurwa jesteś teraz ? – Billy był chyba zdenerwowany.
- Uspokój się. Wszystko ok. Nie mogę teraz gadać.- powiedział Harry.
- Dobra, pogadamy potem. Wiesz, gdzie mieszka Sam, nie ? – spytał Billy.
- Tak.
- Dobra to bądź tam za pół godziny.- powiedział Billy i się rozłączył.
Harry włożył telefon do spodni i wstał z stolika. Poszłam w jego ślady.
- Ty wiesz gdzie mieszka ten Sam, bo ja tak średnio. – spytał Harry, przeciągając się.
- Tak. – powiedziałam ziewając.
Wbij do Sama jest sprawa.– zobaczyłam nową wiadomość od Victora.
- Ok to idziemy. To niedaleko. – powiedziałam.
- Dobra.- powiedział Harry i nagle załapał mnie za rękę delikatnie splatając nasze palce.
Zatrzymałam się i spojrzałam na nasze ręce, a potem na Harrego. Otworzyłam usta, żeby cos powiedzieć ale zamknęłam je. Nie wiedziałam w sumie co. A tak naprawdę nie miałam nic przeciwko temu co zrobił. Więc ostatecznie pokręciłam tylko głową lekko rozbawiona.

- To tu - powiedziałam, kiedy stanęliśmy przed drzwiami mieszkania Sama.
Już miałam otworzyć drzwi (raczej nikt w tych okolicach nie miał w zwyczaju pukania), kiedy coś sobie uświadomiłam.
- Harry wiesz oddam ci bluzę. I wiesz no ten…. Oni lubią się zgrywać. Lepiej nie trzymajmy się przy nich za ręce. – powiedziałam nie mając pojęcia jak przekazać mu to co miałam na myśli. Tak, żeby go nie urazić, bo jakoś tak nie wiem.. zaczynałam go lubić.
- Aaaa Ok.- powiedział Harry łapiąc aluzje. I całe szczęście nie wyglądał jakby to go zraniło.
Harry pomógł mi zdjąć bluzę i niechlujnie założył ją na siebie. Po czym weszliśmy do mieszkania Sama. W środku wszyscy już byli.
- No nareszcie, gdzie się szlajałeś ? – spytał Billy, kiedy zobaczył Harrego.
Harry tylko przewrócił oczami i usiadł koło brata na kanapie. Ja ruszyłam w stronę kuchni, bo właśnie uświadomiłam sobie, jak dawno miałam coś w ustach. Oczywiście oprócz ust Harrego. – pomyślałam i zraz zganiłam się za tą myśl. Zachowywałam się jak te wszystkie głupie nastolatki. Musze wziąć się w garść.
- Ej zaraz to TI była ta laską co twój telefon dziś odebrała. To z nią byłeś ? – pytał Billy.
- Co ? Co ty pieprzysz ?- pytał zdziwiony Harry.
Dobry był. Szybko zareagował i widać było po nim tylko zaskoczenie. Potrafił ściemniać.
- Oj uważaj Victor, bo młody się do twojej dziewczyny przystawia, a takiemu uroczemu loczusiowi to się nikt nie oprze. Bo w końcu ten urok to ma po mnie.- powiedział Billy, ale tak tylko na żarty i raczej uwierzył, że te wspólne wejście tu i ta dziewczyna odbierająca telefon Harrego to tylko zbieg okoliczności.
- Wal się. – powiedziałam do śmiejących się chłopaków pokazując im środkowy palec.
- Uuuuuuu. Nie grzeczna ta twoja dziewuszka Victor. Od kiedy taka jesteś nerwowa TI, co okres ci się zaczął ? – igrał ze mnie Sam.
- Nie jestem niczyją dziewuszką. Odpierdolcie się ode mnie. – powiedziałam i złapałam za klamkę drzwi do kuchni.
- Mówiłem, że jest sprawa.- powiedział Victor łapiąc mnie za łokieć. W sumie dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tu był. Dziwne, że nie zareagował na docinki chłopaków.
Wyrwałam rękę i zirytowana powiedziałam – Toć wiem. Dlatego tu jestem.
-To usiądź i posłuchaj. – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Nienawidziłam jak tak do mnie mówił. Mógł być sobie tym kurwa szefem, tego całego gówna. Mógł być sobie nawet Bradem Pittem i Obamą w jednym. Ale nie będzie mi rozkazywał.
- Dobrze. Idę kurwa wziąć sobie coś do jedzenia.
- To może poczekać.- powiedział władczym tonem.
Przewróciłam oczami i znów chciałam otworzyć sobie drzwi, ale usłyszałam Victora.
- TI. Siadaj!- powiedział Victor, a słowo „siadaj” wypowiedział przez zaciśnięte żeby.
Przez chwile patrzyliśmy sobie w oczy. Victor był wściekły. Żyła na jego czole nerwowo drżała i zaczynał się robić czerwony na twarzy. Co wkurwia cię, że już nie jestem już twoim pieskiem, którego mogłeś sobie podporządkować i wydawać mu polecenia. – pomyślałam.
- Dobrze. – powiedziałam zła, nie chcąc nadużywać cierpliwości Victora. Nie chciałam scen przy Harrym.
Nikt nie zauważył naszej krótkiej „wymiany zdań”, oprócz Teda i Harrego. Ted był nowy i jak każdy nowy przerażająco bał się Victora i był nim strasznie zafascynowany. Teraz patrzył na niego z podziwem. Harry za to przyglądał się mnie. Nie za bardzo mogłam wyczytać z jego twarzy co myśli, ale wolałabym, żeby nie widział tego co się przed chwilą wydarzyło. Natomiast cała reszta była całkowicie zatracona w rozmowach i wygłupach.
- Zamknąć się. – powiedział Victro i cała reszta od razu zamilkła. – Nie będę się z tym wszytki, pieprzył od razu powiem o co chodzi. Wczoraj ktoś napadł na Petra i zabrał mu kasę, która miał dostarczyć Marshallowi. Kiedy Peter próbował złapać chuja, który na niego napadł złapały go gliny……
Nie słuchałam wywodów Victora o nowym problemie. Nie obchodziło mnie to już. Wczorajszy dzień pomógł mi ostatecznie podjąć decyzje o zakończeniu tego wszystkiego. Nie chciało mi się w to już dalej bawić. Nie było warto. Z Victorem też musiałam już skończyć. I miałam w dupie jego reakcje. Nie chce mi się już dłużej wykonywać jego poleceń.
W sumie to nie tak, że Victor jest nie wiadomo jakim potworem. Zawszy był dla mnie jak starszy brat i nie pozwolił nikomu zrobić mi krzywdy. Tylko to wszytko było trochę jak wojsko. Generał musi wydawać polecenia i pilnować, żeby żołnierze je wykonywali. Inaczej to wszystko nie dało by rade funkcjonować. Tylko, że wojsko było do obrony i pomaganiu ludziom. A to co się działo tu nie prowadziło do niczego dobrego…
~*~
- Heeej. Zaczekaj – krzyknął znajomy głos.
Uśmiechnęłam się do siebie i się odwróciłam.. Wyszłam zaraz, kiedy Victor skończył mówić. Przeszłam, może 200 metrów, kiedy Harry zaczął mnie wołać. Chłopak podbiegł do mnie troszkę dysząc.
- Co tam ? – pytam z uśmiechem. – Wiesz, że będą ci docinać, że wyszedłeś zaraz za mną ?
-Zaraz do nich wracam. Wyszedłem na chwilę – powiedział trochę smutny.
- To co im powiedziałeś ? Oni pozwalają wyjść na chwilę tylko na papierosa.- mówiłam robiąc krok w przód.
- Rozważałem to. No, ale doszedłem do wniosku, że nikt by mi nie uwierzył w to, że jaram. Więc tak naprawdę rozmawiam teraz z moją nadopiekuńczą mama, która, dzwoniła miliony razy i musiałem ją uspokoić, że wciąż jestem żywy. – powiedział, również zmniejszając odległość pomiędzy nami.
-Oj Harry nie ładnie, tak kłamać. Jeszcze w to wciągasz mamę. – droczyłam się z nim, przybliżając się jeszcze kawałek.
- Tak daleko od prawdy nie odbiegam. Mama na pewno dzwoniła już setki razy ale mam wyłączony telefon.- powiedział, przysuwając się tak, że prawię stykaliśmy się nosami. – Zresztą, robiłem to w słusznej sprawię.- wyszeptał mi do ucha, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz.
- Tak ? A w jakiej ? – spytałam uśmiechając się.
- Zapomniałem się pożegnać. A to bardzo nie ładnie. A ja przecież jestem takim dobrym chłopcem. – powiedział delikatnie głaszcząc palcami mój policzek.
- W takim razie pozwalam ci się zrekompensować. – powiedziałam, uśmiechając się łobuzersko.
Harry powoli złożył słodki pocałunek na moich ustach. Odwzajemniłam go już trochę bardziej pewnie. Zarzuciłam mu ręce na szyje przyciskając go jeszcze bliżej siebie. Nagle Harry odsunął się ode mnie, ale nadal trzymał mnie w ramionach.
- Musze już wracać.- powiedział Harry.- Ale się niedługo spotkamy.- dodał, kiedy zobaczył w moich oczach rozczarowanie.
- Dobra. – powiedziałam i niechętnie odsunęłam się od Harrego.
- To na razie- powiedział Harry i zaczął iść w stronę budynku.
Ja stałam i patrzyłam jak odchodzi. Co ten chłopak ze mną zrobił ? – pomyślałam. Przez niego zaczynałam się robić naiwną zakochaną nastolatką. Nie mam czasu na takie głupoty. Znałam gościa nie całe dwa dni. Ale i tak nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę go drugi raz. Kiedy spojrzę w jego oczy, kiedy dotknę tych włosów, kiedy znów go pocałuje…. Muszę się trochę otrząsnąć.- pomyślałam . Już zaczęłam się odwracać, kiedy zobaczyłam jakiś cień w oknach Sama. Szybko spojrzałam jeszcze raz , ale tym razem nic już nie widziałam. Obróciłam się na pięcie już nie patrząc w stronę okna i ruszyłam do mojego domu.
To było dziwne. A najdziwniejsze było to, że ta postać do złudzenia przypominała mi Victora.

~*~
Oglądałam właśnie jakiś program w telewizji, kiedy usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości.
Wbijaj dziś wieczorem na imprezę. Nie będziemy długo. Szybko się zerwiemy, a potem gdzieś cię zabiorę. Harry xoxox.
Nie zamierzałam nigdzie iść, ale skoro mam okazje zobaczyć się z Harrym to pójdę. Odkąd poznałam Harrego minął już tydzień. I mimo, że nie mieliśmy okazji spędzić ze sobą czasu, sam na sam zakochiwałam się w tym chłopaku coraz bardziej. Tylko był jeden bardzo, irytujący problem. Billy. Nie zostawiał Harrego na krok. A my nic nadal nikomu o nas nie powiedzieliśmy. Ale to nie miała za dużego znaczenia i tak jakoś zawsze udawało nam się wyrwać. Chociaż na chwile.
Wyszykowałam się i pojechałam do klubu. Mimo, że była dopiero 22, połowa towarzystwa była już pijana. Szybko znalazłam Harrego. Stał bardziej z boku. Wyglądał nieziemsko. Zresztą tak jak zawsze. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył.
-Hej.- powiedziałam tylko, wiedząc, że nie jesteśmy sami.
- Siema. – powiedział Harry.- Wyglądasz ślicznie.- powiedział tak, że tylko ja byłam w stanie go usłyszeć.
Uśmiechnęłam się. A ty ostro seksownie.- pomyślałam.
- Czekamy tylko jak Billy jeszcze trochę wypiję, a potem bierzemy kluczki do auta i jedziemy. – powiedział Harry.
Właśnie w tym momencie zobaczyłam jak Billy wygłupia się z chłopakami ledwo trzymając się na nogach.
- Jak na moje oko nie ma już na co czekać. Wszyscy praktycznie są już najebani. – powiedziałam.
Harry podążył za moim wzrokiem.- Masz racje, zaraz wracam. – powiedział i ruszył w tłum.
Harry wrócił niedługo i pokazał mi dumnie kluczyki od nowego wozu Billego.
- No barwo. To, gdzie jedziemy ? – spytałam zaciekawiona.
- Zobaczysz. – powiedział Harry, kierując się w stronę wyjścia.
- No powiedz ? – prosiłam, kiedy wyszliśmy już z klubu.
- To niespodzianka.- powiedział Harry i otworzył kluczykami samochód Billego.
- Nie lubię niespodzianek. – powiedziałam.
- Ta ci się spodoba. – powiedział Harry ,podszedł do mnie i niespodziewanie zaczął mnie całować.
Od razu oddałam pocałunek. Harry przycisnął mnie do drzwi samochodu, coraz bardziej pogłębiając pocałunek.
Nagle ktoś odciągnął Harrego, a ten zatoczył się do tyłu. Zobaczyłam wściekłego Victora.
- Jesteś dziwką. – krzyknął patrząc na mnie.
- Nie mów tak do niej – powiedział Harry.
- A ty się zamknij gówniarzu, jeszcze z tobą nie skończyłem. – krzyknął Victor i uderzył Harrego z pięści prosto w szczękę.
KAHN

niedziela, 10 lutego 2013

# 61. Liam.

"Sobota, 23 lutego 2013 roku. Pamiętam jakby to było wczoraj. Wraz z Niallem, Zaynem, Louisem i Harrym staliśmy za kulisami, niecierpliwie oczekując momentu wejścia na scenę. Towarzyszyło nam nie małe zdenerwowanie. Mimo, że już od trzech lat publiczne wystąpienia były dla nas codziennością i traktowaliśmy je raczej jak zabawę, tym razem było inaczej. Był to koncert otwierający Take Me Home Tour. Chcieliśmy wypaść jak najlepiej. Nie chcieliśmy zawieść krytyków, rodzin, a co najważniejsze fanów. Pragnęliśmy, by zapamiętali tę noc do końca życia. Obawialiśmy się, że coś mogłoby pójść nie tak. Jednak nie mieliśmy ku temu żadnych podstaw, gdyż ciężko pracowaliśmy na próbach, a wszystko dopięte było na ostatni guzik.
Dostaliśmy właśnie sygnał, że już czas i poklepując się przyjacielsko po plecach, wzięliśmy głębokie wdechy i wybiegliśmy na scenę. Muzyka grana przez naszą niewiarygodnie uzdolnioną kapelę rozlała się po pomieszczeniu wywołując u fanów burzę oklasków i okrzyków.
Widok szczęśliwych fanów i transparentów z hasłami typu "Kocham Cię, Liam!" zawsze wywoływały u mnie uśmiech. Tym razem również.
Pierwszą wykonaną przez nas piosenką było Live While We're Young. Byłem mile zaskoczony, że fani znali cały tekst. Lubiłem, gdy śpiewali z nami. Czułem wtedy, że nasza muzyka nie tylko do nich trafia, ale potrafią się nią też bawić.
Następnym utworem było Over Again. Tak jak podczas śpiewania każdej ballady, wraz z chłopakami porzuciliśmy zsynchronizowane bieganie po scenie na rzecz, może nie do końca wygodnych, ale służących za jedyne siedzenie głośników. Śpiewając swoją solówkę rozglądałem się w tłumie fanek wyłapując ich spojrzenia. Chciałem, aby każda czuła, że śpiewam tę piosenkę z myślą o niej i jest wyjątkowa. Swoje spojrzenie zatrzymałem na jednej z dziewczyn. Sam nie wiem czemu, ale przykuła moją uwagę. Stała w jednym z rzędów najbliżej sceny. Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy, gdy ona nagle odwróciła wzrok. Gdy zorientowałem się, że patrzy teraz na Nialla, poczułem ukłucie zazdrości. Dopiero po chwili wróciłem na ziemię przypominając sobie, że blondyn śpiewa teraz swoją solówkę. To na pewno dlatego dziewczyna patrzyła właśnie na niego. A przynajmniej taką miałem nadzieję.
Wzrokiem odnalazłem brunetkę w tłumie i całą piosenkę usilnie wpatrywałem się w nią z nadzieją, że odwzajemni spojrzenie. Jednak ona tego nie zrobiła.
Potem trochę się pokomplikowało. Następne piosenki były raczej szybsze i biegając po scenie między chłopakami coraz trudniej było mi nie tracić jej z zasięgu wzroku.
Po Loved You First udaliśmy się za kulisy, gdzie zmieniliśmy ubrania, a stylistki miały chwilę, by poprawić nasz fryzury.
-Wiesz, zauważyłem taką jedną fankę... - Zacząłem, zwracając się do Nialla, gdy zapinałem ostatni guzik koszuli.
-Nie mów, że spodobała ci się fanka. - Zdziwił się blondyn.
-Nie, to nie tak. - Wymigiwałem się.
-Jasne, jasne. Jak będzie chciała autograf to zapytaj, czy podpisać dla pani Payne. To zawsze działa. - Rzucił Niall puszczając do mnie oko.
-Jesteś niemożliwy. - Zaśmiałem się.
Reszta chłopaków ponagliła nas, krzycząc, żebyśmy skończyli już te pogaduszki. Ponownie wybiegliśmy na scenę jednak tym razem w rytmie Little Things, po czym zajęliśmy nasze ulubione miejsca na głośnikach. Pomyślałem, że to moja kolejna szansa. Rozglądałem się w tłumie, starając się odnaleźć dziewczynę. W końcu natrafiłem na nią, a nasze spojrzenia znów się skrzyżowały. Tym razem na jeszcze krótszą chwilę niż poprzednio, lecz ważne było i to.
Przez kolejne 3 piosenki nie zwróciła na mnie uwagi ani razu. Ledwo, ale jakoś to zniosłem. Lecz, podczas gdy rozbrzmiewały pierwsze nuty Last First Kiss, dziewczyna odwróciła się i zaczęła iść w kierunku... wyjścia. Tego było już za wiele. Zamiast zaśpiewać tekst swojej solówki podniosłem mikrofon do ust i powiedziałem:
-Przepraszam was chłopaki, że w tym momencie najprawdopodobniej psuje jeden z naszych najważniejszych koncertów, ale nie chcę kiedyś pomyśleć co by było gdyby, a tym bardziej żałować, że nie zrobiłem tego co zamierzam zrobić teraz. Kontynuujcie beze mnie. - Niall, Zayn, Louis i Harry patrzyli na mnie zszokowani, nie rozumiejąc co się dzieje. Ja natomiast rzuciłem mikrofon na scenę, po czym podchodząc do jej krawędzi, wziąłem głęboki wdech i... skoczyłem w dół.
Nie było tak źle jak się spodziewałem. Udało mi się nawet upaść na dwie nogi. Zachwiałem się niestabilnie, ale dwie dziewczyny z pierwszego rzędu, podtrzymały mnie za ramiona. Wymamrotałem podziękowania, po czym rzuciłem się pędem w stronę, w którą udała się dziewczyna. Rozpychałem się w tłumie rzucając przeprosinami na lewo i prawo, ale miałem wrażenie, że fanki wcale nie mają mi za złe tego, że na nie wpadam. Zatrzymałem się na chwilę, by odszukać dziewczynę wzrokiem. Zmęczony biegiem założyłem ręce za głowę i dopiero wtedy zauważyłem, że chłopaki nadal śpiewają. Byłem z nich dumny. W końcu dostrzegłem brunetkę, stała już niedaleko wyjścia. Najwidoczniej moje przedstawienie nie wywarło na niej dużego wrażenia. Mimo, że nie czułem już nóg, podbiegłem do niej te ostatnie kilka metrów.
-Poczekaj. - Poprosiłem łapiąc ją za ramię i odwracając twarzą do siebie.
-Ej, puszczaj mnie, bo... O mój Boże. - Była widocznie zdziwiona widząc mnie przed sobą.
-Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? - Spytałem prosto z mostu.
Dziewczyna niepewnie pokiwała głową.
-Jak masz na imię? - Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy. Walczyłem o to przez  8 piosenek i przyznać musiałem, że miała najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałem.
-[T.I]. - Odparła krótko.
-Czy nie sądzisz, że [T.I] Payne brzmi lepiej? - Wycedziłem posyłając jej zalotny uśmiech. Może to nie było do końca to co poradził mi Niall, ale miałem nadzieję, że okaże się równie skuteczne. Nie zniósł bym myśli, że mógłbym jej już nigdy nie zobaczyć."

-Wtedy myślałam, że to tylko głupi tekst na podryw.  - Przerwała mi nagle [T.I] wchodząc do salonu. - A tu proszę. - Dodała, obracając złotą obrączkę na swoim palcu.
-Ej, nie przerywaj mi, to jeszcze nie koniec. - Uśmiechnąłem się czule do swojej żony.
-Dobra, dobra, mów dalej. Też chętnie posłucham. - Powiedziała siadając obok mnie na kanapie.

"[T.I] patrzyła na mnie lekko zszokowana. Możliwe, że trochę ją przestraszyłem. Szybko jednak wróciła do siebie i niespodziewanie przybliżyła się do mnie, składając słodki pocałunek na moich wargach.
-Dużo lepiej. - Odparła spoglądając w moje oczy w sposób, za który mógłbym zabić"

-I tak właśnie, dzieci, poznałem waszą matkę. Zawsze chciałem to powiedzieć. - Uśmiechnąłem się promiennie do moich dwóch pociesz siedzących na przeciwko mnie na fotelach.
-A potem był ślub? - Spytała Emily.
-Nie, to dwa lata później. - Odparła [T.I].
-I co się na nim działo? - Ciekawsko dopytywał Dominic.
-To długa historia, opowiem wam innym razem. A teraz do łóżek. Patrzcie tylko która godzina. - Powiedziałem spoglądając na zegarek wskazujący 23:42.
-Dobranoc. - Pożegnały się dzieci ziewając po drodze do swoich pokoi.
-Nigdy nie znudzi mi się ta historia. - Powiedziała [T.I] wtulając się w moją koszulę.
-Mi też. Ale nawet po tych 14 latach nadal nie wiem czemu odwracałaś wtedy wzrok. - Odparłem obejmując ją ramieniem.
-Wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia i bałam się, że jak spojrzę jeszcze raz, to pokocham cię aż za mocno.
-Czyli tak jak ja ciebie?
-Czyli tak jak kochamy się teraz. - Powiedziała miękko, po czym złączyła nasze wargi w czułym pocałunku.


LOLA

czwartek, 7 lutego 2013

# 60. Zayn I cz. 1

Kolejny dzień mojego beznadziejnego życia czas zacząć. Spakowałam do torby pierwsze książki jakie wpadły mi w ręce nie zastanawiając się czy faktycznie mam dziś w planie przedmioty, do których były potrzebne. Moje myśli zaprzątało co innego. Zastanawiałam się w jaki sposób tym razem te szkolne gwiazdki uprzykrzą mi życie. W szkole nigdy nie byłam zbyt lubiana, ale odkąd zaczęłam uczyć się w liceum, z roku na rok było coraz gorzej. Wyzwiska stały się jeszcze bardziej bolesne, a prześladowcy okrutniejsi. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że w sumie nawet nie wiedziałam dlaczego wszyscy się nade mną znęcali. Bo nie miałam drogich, modnych ubrań? Bo mam dobre oceny? Czy są to wystarczające powody, by kogoś znienawidzić? Moim zdaniem nie.
Do szkoły jak co dzień dojechałam autobusem. Po drodze zaczęłam żałować, że nie spakowałam się dokładniej. Okazało się, że zapomniałam zeszytu do chemii. To już trzeci raz w tym półroczu, więc jedynka w dzienniku była rzeczą nieuchronną. Mnie jednak bardziej martwiło to jak zareaguje moja klasa.  Już słyszałam wszystkie te docinki typu "Potniesz się?" albo "I co teraz kujonko, dostaniesz szlaban? A sorry i tak nie masz przyjaciół, z którymi mogłabyś wyjść!". Na samą myśl chciało mi się płakać, ale wtedy byłoby tylko gorzej.
Wzięłam głęboki wdech i weszłam do szkoły. Kierowałam się do klasy matematycznej na drugim piętrze i wtedy go zobaczyłam. Stał razem z innymi popularnymi dzieciakami, opierając się o szafkę. On oczywiście mnie nie zauważył. W końcu był przewodniczącym i najprawdopodobniej najbardziej popularnym i przystojnym chłopakiem w całej szkole. Dlaczego miałby zwracać uwagę na taką frajerkę jak ja? Dlaczego ktokolwiek jego pokroju miałby zwracać na mnie uwagę, a co dopiero sam Zayn Malik.
Wróciłam na ziemię i pomaszerowałam dalej do klasy. Zayn pożegnał się z kolegami i zaczął iść w moim kierunku. Serce zaczęło mi szybciej bić, a rozbiegane spojrzenie utkwiłam w jego pięknych, brązowych oczach. Mimo, że był jednym z moich najokrutniejszych prześladowców, już odo dawna byłam w nim zakochana. Marzyłam o tym, że może kiedyś zobaczy we mnie kogoś więcej niż kujonkę z klasy. W końcu pomarzyć zawsze można.
Nagle poczułam mocne szturchnięcie w bark. Dopiero po chwili zrozumiałam co się stało. Zamyśliłam się i wpadłam prosto na Zayna. Mój Boże, ale obciach.
-Przepraszam, zagapiłam się. Nic ci nie jest? - Wymamrotałam nieśmiało.
-Na szczęście nie. Następnym razem patrz pod nogi. - Rzucił chamsko, po czym minął mnie bez słowa.
-Matematyka jest na drugim piętrze. - Zwróciłam mu uwagę, gdy kierował się na schody na dół.
-A kto powiedział, że na nią idę. - Odparł obojętnie, schodząc na parter.
Nie powinno mnie to dziwić. Zayn nie był wzorowym uczniem, a na matematyce nie widziałam go już z dobry miesiąc. Postanowiłam się nie wtrącać i udałam się na lekcję.

-Mamo, co na obiad?! - Krzyknęłam zdejmując buty w holu, po powrocie ze szkoły.
-Dopiero co wróciłam z pracy. Muszę jeszcze pójść po zakupy. Jak jesteś teraz głodna to weź sobie coś z lodówki, bo obiadu przed 4 nie będzie. - Odparła mama, wychylając głowę z kuchni.
-Okej. - Rzuciłam otwierając lodówkę.
-Rozmawiałam dziś z mamą jednego chłopca z twojej klasy. Jej syn potrzebuje korepetycji z matematyki. Powiedziałam, że z chęcią mu pomożesz. - Oznajmiła mama.
-A zapłaci mi? - Spytałam niezadowolona, że czas wolny, na którego nadmiar nie mogę narzekać będę musiała spędzić z jakimś nieukiem z mojej znienawidzonej klasy.
-Tak, ale nie pytałam ile, bo to nie wypada.
-A kogo w ogóle mam uczyć?
-Nie wiem jak nazywa się jej syn, ale kobieta, która do mnie dzwoniła przedstawiła się jako pani Malik. - Odparła mama jakby nigdy nic. No oczywiście, przecież nie wiedziała jak wiele znaczy dla mnie Zayn, choć on w ogóle mnie nie dostrzegał. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć czy denerwować. W końcu poza pytaniem typu "Gdzie mamy lekcje?" nigdy z nim nie rozmawiałam.
-Aha. To kiedy pierwsza lekcja? - Odparłam spokojnym tonem, starając się opanować bicie serca.
-Proszę powiedz, że możesz dziś o 17. Tak się umówiłam z panią Malik, a gdzieś podziałam jej numer. - Mama spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
-Mi pasuje. - Odparłam posyłając jej promienny uśmiech.
Kilka następnych godzin spędziłam na odrabianiu lekcji i uczeniu się do jutrzejszej klasówki z historii. O 16 zaczęłam szykować się do wyjścia. Założyłam najlepsze ,w moim mniemaniu ubrania i spakowałam do torby telefon, klucze i książki od matematyki. Mama podwiozła mnie pod dom Zayna.
-Baw się dobrze. - Rzuciła mama, gdy wysiadałam z samochodu.
-Mamo, idę udzielać korepetycji.
-Nauka też może być zabawna.
-Proszę cię, jedź już. - Odparłam przewracając oczami i zatrzasnęłam drzwi.
Weszłam na ganek i wcisnęłam przycisk dzwonka. Nikt nie otwierał. Powtórzyłam czynność jeczsze kilka razy. Nadal cisza. Niepewnie nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Z kuchni dobiegły mnie odgłosy kłótni.
-Zayn jak ty się odzywasz!
-Mówię co tylko co myślę! Skąd przyszło ci do głowy, ze potrzebuję korepetycji?!
-Rozmawiałam z twoją nauczycielką, wiem, że chodzisz na wagary i masz kilka zaległych klasówek, a z tego co pamiętam nie jesteś orłem z matematyki. Chciałam ci pomóc!
-Ale ja nie potrzebuję pomocy jakiejś frajerki! Poradziłbym siobie sam.
-Koniec tego dobrego. Idź do swojego pokoju, pogadamy o tym później. [T.I] powinna już być. - Słysząc to szybko wycofałam się za drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem jeszcze raz. Nie chciałam, żeby Zayn i jego mama wiedzieli, ze podsłuchiwałam ich kłótnię. Tym razem pani Malik otworzyła mi od razu.
-Dzień dobry, kochana! Ty pewnie jesteś [T.I], proszę wejdź. - Gestem zaprosiła mnie do środka.
-Dzień dobry. Bardzo dziękuję. - Odparłam uprzejmie.
-Oj to ja dziękuję, że zgodziłaś się poświęcić trochę swojego czasu. Zayn jest w swoim pokoju. Pierwsze piętro, drugie drzwi po prawo. - Powiedziała kobieta, promiennie się uśmiechając.
Pomaszerowałam do pokoju według jej wskazówek. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi.
-Czego?! - Usłyszałam głos zza ściany.
Delikatnie nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi.
- Mogę wejść? - Spytałam niepewnie.
-Jasne, wchodź. - Odparł Zayn obojętnie.
Zamknęłam za sobą drzwi i położyłam torbę na dużym drewnianym biurku. Wyjęłam podręcznik i zaczęłam przeglądać tematy.
-Od czego chcesz zacząć? - Spytałam.
-Widział cię ktoś jak tu wchodziłaś? - Rzucił nagle.
-Co? - Odparła zdziwiona.
-Czy ktoś cię widział? Nie chcę żeby ktoś ze szkoły wiedział, ze się z tobą zadaję. - Powiedział i nie ukrywam, że mnie to zraniło.
-Mi też się nie uśmiecha tu z tobą siedzieć. - Skłamałam. - Bierzmy się do roboty. Chcę to już mieć z głowy.
-W takim razie pierwszy temat, drugi dział. - Odpowiedział.
Wbrew moim przypuszczeniom Zayn uczył się bardzo szybko. W godzinę zdążyliśmy przerobić cały dział. Dogadywaliśmy się też nieźle. Miałam wrażenie, że chyba zmienił o mnie zdanie.
-Dziękuję za pomoc. Sam bym sobie nie poradził. I w sumie nie było tak źle jak się spodziewałem. - Przyznał niechętnie, gdy zbierałam się do wyjścia. Najwidoczniej się nie myliłam.
-Nie ma za co. To kiedy następna lekcja? - Spytałam.
-Jak najszybciej, gonią mnie terminy. Co powiesz na jutro?
-Idealnie.

Zayn i ja spotykaliśmy się prawie codziennie zaraz po szkole. Trwało to kilka tygodni. Spędzaliśmy razem dużo czasu, okazało się, że pomimo dzielących nas różnic mamy też wiele wspólnego. Uwielbiałam z nim rozmawiać, czułam, że przy nim mogę być sobą i nie muszę udawać. Nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela, ale teraz odnalazłam go Zaynie. Szkoda, że nie zawsze wszysttko wyglądało tak różowo.
Mimo, że zaprzyjaźniłam się z największą gwiazdą szkoły, ja sama nadal byłam zwykłą frajerką. Raniło mnie to, że Zayn trzyma naszą znajomość w tajemnicy, ale wiedziałam jak ważna jest dla niego jego reputacja i jak ciężko pracował, żeby ją zdobyć, więc postanowiłam jakoś to przełknąć.
Bałam się tylko tego, że gdy Zayn zda wszystkie zaległe testy nasza znajomość się zakończy. A tak się składa, ze ten dzień wypadał właśnie dziś.
-Gratuluję 4 na koniec semestru. - Powiedziałam z uznaniem, zbierając się do wyjścia po naszej ostatniej wspólnej lekcji.
-Dziękuję, bez ciebie bym sobie nie poradził. - Odparł odprowadzając mnie do drzwi.
-Nie ma za co. To była dla mnie sama przyjemność.
-Dla mnie również. W takim razie do zobaczenia jutro. - Rzucił z zadziornym uśmiechem.
-Przecież zdałeś już wszystkie testy. Nie potrzebujesz już korepetycji. - Zdziwiłam się.
-A kto tu mówi o korepetycjach? Zapraszam cię do siebie. Na randkę. Nie przyjmuję odmowy.
-Mówisz poważnie? - Ja i Zayn Malik na randce? To chyba jakiś sen.
-Jak najbardziej. - Odparł po czym zmniejszył dystans między nami o krok. Potem następny. I jeszcze jeden. A gdy dzieliło nas zaledwie parę centymetrów złączył nasze usta w słodkim pocałunku.


LOLA

niedziela, 3 lutego 2013

# 59. Niall.

Zauważyłam, że pod ostatnim imaginem o Lou pojawiło się wiele komentarzy z prośbami o kontynuację. Postanowiłam napisać 2 część, ale ponieważ nie planowałam tego wcześniej, potrzebuję na to trochę czasu. Proszę o cierpliwość i zapraszam do przeczytania nowego Nialla c:
____________________________________________________________________________________

Niektórym wydawać się może, że nie ma nic bardziej żałosnego, niż piątkowy wieczór spędzony w domu. Może jest w tym trochę prawdy, ale to wszystko przestaje mieć chociażby najmniejsze znaczenie, gdy spędza się go w towarzystwie ukochanej osoby. Osoby, która zawsze jest przy tobie, na której możesz polegać, którą kochasz całym sercem, za którą byłbyś w stanie oddać życie. Osoby, która ma cię tylko za przyjaciela...
I tak oto właśnie siedziałem z taką osobą, w owy piątkowy wieczór oglądając w telewizji jakiś durny film. To znaczy, wydawało mi się, że był durny. W sumie nawet nie wiem o czym był. Jaki normalny facet oglądałby film, kiedy niecałe pół metra od niego siedzi tak zjawiskowo piękna istota jak [T.I]? Na pewno nie ja. Przez półtorej godziny studiowałem jej twarz zapamiętując każdy najmniejszy szczegół. Od dużych jasnych oczu, przez mały, zgrabny nos, po cztery urocze pieprzyki na prawym policzku.
-Na co się tak gapisz? - Spytała rozbawiona dziewczyna, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Ja? Na nic. Nie wiem o co ci chodzi. - Czułem jak czerwienią mi się policzki.
-Niech ci będzie podaj mi ciastka. - Odparła jakby nigdy nic, wyciągając rękę w oczekiwaniu na pudełko ciastek.
-Jakie ciastka masz na myśli? - Spytałem, udając, że  nie wiem o czym mówi.
-Te które kupiliśmy, zanim zaczął się film. - Rzuciła przewracając oczami.
-Te które zjadłem? - Spytałem niewinnie.
-Co zrobiłeś? - Krzyknęła oburzona.
-Ej, to było dla twojego dobra. Nie chciałem częstować mojego gościa niedobrymi ciastkami. Powinnaś być mi wdzięczna, te były naprawdę okropne! - Zaśmiałem się.
-Już ci wierzę. - Odfuknęła rzucając we mnie poduszką.
-To nie fair, ja nie uderzę dziewczyny.
-To, że nie podzieliłeś się ciastkami też było nie fair. - Odparła wystawiając mi język, po czym rzuciła we mnie drugą poduszką, tym razem prosto w twarz.
-Sama tego chciałaś, to oznacza wojnę! - Krzyknąłem rozbawiony.
-A jak będziesz się bronił? Przecież nie uderzysz dziewczyny. - Powiedziała naśladując mój głos.
-A kto powiedział, że cię uderzę? - Spojrzałem na nią wymownie z łobuzerskim uśmiechem.
-O nie, Niall, nie proszę cię. - Starała zasłonić się rękoma, ale zanim się obejrzała, siedziałem przy niej łaskocząc ją w brzuch. [T.I] nie znosiła, kiedy tak robiłem, miała straszne łaskotki. Ale w końcu na wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
-Proszę, Niall, już dosyć, przestań! - Krzyczała nieustannie się śmiejąc.
Próbując się bronić wykręciła mi prawą rękę. Jednak doprowadziła to tylko do tego, że spadając z kanapy pociągnąłem ją za sobą. Ja wylądowałem na plecach, a [T.I]... na mnie.
-To też było nie fair. - Powiedziała, biorąc głęboki wdech, widocznie zmęczona śmiechem.
-Ach tak? To powiem ci jeszcze, że kłamałem. Te ciastka były pyszne.
-Jesteś niemożliwy.
-A ty piękna. - Odparłem, a zaraz potem spoliczkowałem się w myślach. Jak mogłem palnąć coś tak głupiego?
-Dziękuję. - Rzuciła jakby nigdy nic, zakładając kosmyk włosów na ucho. - Koniec reklam, wracajmy na kanapę. - Dodała, siadając na sofie. Cały czar prysł.
-Ten film jest taki denny. Skoro się kochają to czemu nie są razem? - Rzuciłem po 10 minutach oglądania filmu. Dopiero teraz zorientowałem się, że jest to komedia romantyczna. Czyli od początku miałem rację - durny film.
-Skoro już o tym mówisz, to chciałabym, żebyś wiedział, że ostatnio spotkałam takiego jednego chłopaka... - Odparła, zupełnie ignorując moje pytanie, a równocześnie rozbijając moje serce na kawałeczki.
-To fajnie. Jak się nazywa? - Spytałem, uśmiechając się sztucznie.
-Adam.
-Bo wiesz, ja też ostatnio poznałem dziewczynę. - Rzuciłem, ale szybko tego pożałowałem. Skąd do głowy przyszedł mi tak fatalny pomysł?
-Serio? To ktoś sławny? - Spytała podekscytowana.
-Jeszcze nie, ale kiedyś na pewno o niej usłyszysz. Ma wielki talent. - Brnąłem dalej w moje kłamstwa.
-Mam nadzieję. A wiesz, że Adam jest raperem? - Rzuciła dumnie.
No świetnie. Musiała mnie tym dobić. W końcu blondyn z boysbandu nie może równać się z wielkim, groźnym raperem. Po prostu cudownie.
-To fajnie. - Odparłem krótko.
-To może ty i...
-Britney. - Rzuciłem pierwsze imię jakie przyszło mi do głowy, modląc się, żeby [T.I] nie zauważyła, że w reklamie leci piosenka Britney Spears.
-... spotkalibyście się kiedyś ze mną i Adamem? Chciałabym, żebyśmy się poznali.
-Jasne, czemu nie... - Odparłem niepewnie, przeczesując palcami włosy.
-Co powiesz na jutro?
-Okej.
-W takim razie zdzwonimy się co do miejsca i godziny. A skoro już mowa o godzinie, to strasznie już późno. Muszę lecieć. Do zobaczenia jutro. - Powiedziała [T.I] zakładając płaszcz.
-Pa. - Odparłem, gdy zamykała za sobą drzwi.
Siedziałem teraz na kanapie w pustym domu, zastanawiając się, w jaki sposób mam znaleźć sobie dziewczynę o imieniu Britney. W ciągu jednej nocy.

~*~

Na spotkanie z [T.I] i Adamem szedłem jak na ścięcie głowy. Nietrudno się domyślić, że w tak krótkim czasie nie udało mi się znaleźć dziewczyny. Nie do końca przemyślałem też jak wytłumaczę jej nieobecność. Całą drogę rozmyślałem raczej nad własną głupotą, więc stając przed drzwiami restauracji, zrozumiałem, że nie pozostało mi nic innego jak improwizować.
Wszedłem do środka i otuliło mnie ciepłe powietrze i smakowity zapach naleśników. Rozejrzałem się po niemal pustej restauracji w poszukiwaniu [T.I]. Siedziała przy stoliku pod oknem. Na szczęście sama, najwidoczniej jej fagas jeszcze nie dotarł. Zdejmując czapkę, podszedłem do stolika, przy którym siedziała i zająłem miejsce obok niej.
-Hej. Gdzie Adam?
-Hej. Zaraz powinien być. A gdzie Britney? - Spytała wyraźnie zdziwiona, że przyszedłem sam.
-Ten, no... Nie będzie jej. - Starałem się być naturalny.
-Dlaczego? - Dopytywała.
-Bo... Coś jej wypadło. - Łgałem.
-Oh, czyżby? - Uniosła jedną brew.
-Tak... - Odparłem niepewnie.
-Niall, znam cię zbyt dobrze. Wiem kiedy kłamiesz. Więc powiedz mi dlaczego, naprawdę jej nie będzie? - Zamurowało mnie.
-Bo nie istnieje. - Postanowiłem być z nią szczery. - Wymyśliłem ją, bo chciałem wzbudzić w tobie zazdrość. Powiedziałaś mi, że masz chłopaka i coś we mnie pękło. Palnąłem taką głupotę i nie wiedziałem jak mam to odkręcić. Ale głównym powodem, dla którego to zrobiłem jest to, że cię kocham. Wiem, że się przyjaźnimy i w ogóle, ale mi to nie wystarcza. - Wyznałem patrząc jej w oczy.
-Cieszę się, że to zrobiłeś. - Powiedziała nagle.
-Że cię okłamałem? - Spytałem zdziwiony.
-Tak. Myślałam, że tylko ja jestem na tyle popapraną osobą, żeby wymyślić sobie chłopaka, aby wzbudzić zazdrość w moim najlepszym przyjacielu.
-Czy to znaczy, że...?
-Tak, Adam nie istnieje.
-Ale po co to wszystko wymyśliłaś? - Spytałem  nie kryjąc zdziwienia.
-Bo też, cię kocham, głuptasie. - Odparła, po czym zarumieniły jej się policzki.
Bywa tak, że czeka się na coś bardzo długo, czasem nawet całe życie, a gdy w końcu się to wydarzy, nie wiemy co powinniśmy zrobić. Właśnie tak się teraz czułem.
-Teraz mnie pocałuj. - Powiedziała [T.I] udając, że kaszle.
Powoli zmniejszając dystans między nami, podążając za jej radą wpiłem się w jej usta składając na nich słodki pocałunek.


LOLA

czwartek, 31 stycznia 2013

# 58. Louis. I cz. 1

"Pamiętam kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno niepozorne "cześć", żeby całe moje życie wywróciło się do góry nogami. Nigdy nie sądziłam, że dane mi będzie kochać tak mocno. Tak intensywnie, że cała miłość wygaśnie szybko, zbyt szybko, pozostawiając po sobie tylko ból - jedyny dowód na to, że w ogóle zaistniała.
Coś było nie w porządku. Wtedy nie umiałam powiedzieć co, jednak nie mogłam tego zignorować, a ty nie mogłeś temu zaprzeczyć. Mówiąc, że było źle, nie mijałam się z prawdą.
Zgaszenie światła, położenie się obok ciebie, zamknięcie oczu - codzienna, rutynowa czynność. Jednak to z nią wiązałam najwięcej obaw. Właśnie wtedy rzeczywistość przytłaczała mnie najbardziej. Myśli o nas zaprzątały mój umysł. To znaczy o mnie i o tobie, bo czy można jeszcze mówić o jakichś "nas"?
Wtedy zrozumiałam. Kiedy jestem sama, czuję się o wiele lepiej. Twoje towarzystwo mnie przygnębia. Przypomina mi o mojej porażce. Na pewno miałeś swój udział w rozpadzie naszego związku, może nawet spory, ale nie mogę całą winą obarczać ciebie. Tę ścianę między nami zbudowaliśmy razem, jednak to ty postawiłeś fundamenty.
Kiedyś mogliśmy rozmawiać całymi godzinami. Może to nie dobrze? Może wtedy wyczerpaliśmy wszystkie tematy? Czy może próbuję w ten sposób usprawiedliwić to, że nasze rozmowy się nie kleją? I to, że ostatnio nawet denerwuje mnie twój głos? Zapewne.
Pamiętam, że kiedyś, gdy bawiłeś się telefonem w mojej obecności, miałam ci za złe, że mnie nie słuchasz.  Że nie przykuwam całej twojej uwagi. Teraz, siedząc z tobą w jednym pokoju w duchu modlę się o to, by ktoś wreszcie do ciebie napisał, żebyś wyciągnął ten cholerny telefon z kieszeni i żeby sygnał wiadomości przerwał tą niezręczną ciszę. A gdy się tak dzieje czuję ulgę.
Uświadomiłam sobie czego potrzebuję. Czasu dla siebie. Musiałam od ciebie odpocząć. Jednak to nie przyniosło oczekiwanego skutku. Uwolnienie się od ciebie tylko na jakiś czas już mi nie wystarczało. Może tkwiliśmy w tym wszystkim za bardzo? Może tkwiliśmy w tym wszystkim już za długo?
To nie tak, że chciałam z ciebie zrezygnować, juz wtedy, gdy tylko zaczęło się między nami psuć. Za wiele dla mnie znaczyłeś. Nie chciałam się tak łatwo poddać. Starałam się ratować ten związek, ale zanim się obejrzałam, nie było już czego ratować. Oddaliłeś się ode mnie za bardzo. Byłeś poza moim zasięgiem.
Gdy jesteś obok mnie... nie czuję, że jesteśmy razem. Ścianę między nami zbudowaliśmy z najlitszych skał. Stała się ona nie możliwa do przebicia, a ogrom tego problemu  nie możliwy do obejścia. Było gorzej niż źle. Czułam się bezsilna.
Pewnie oddaliliśmy się od siebie z wielu przyczyn, ale jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, czy aby powód nie jest tylko jeden.. Jeden wysoki powód w kręconych włosach - Harry. On pocieszał cię po każdej naszej kłótni. U niego mieszkałeś podczas każdej z naszych "przerw". To jemu powierzałeś swoje sekrety, jego pytałeś o radę.
Oddalając się od siebie coraz bardziej, wytwarzaliśmy dla niego przestrzeń między nami. A może to ja weszłam między was?
Nie mogę uwierzyć, że doszło do tego, że zastanawiam się czy chłopak, z którym chodzę ponad rok na pewno woli dziewczyny... Obawiam się, że wolałabym, żeby okazało się to prawdą, abym tylko nie musiała przyznać się przed sobą, że moja wina jest nie mniejsza niż twoja. Ale cóż, tonący chwyta się brzytwy.
Miałam nie obarczać cię całą winą, ale to nie takie łatwe. To wręcz cholernie trudne pogodzić się z tym, że ktoś kogo kochałam tak bardzo nic już do mnie nie czuje i to ja jestem temu winna. Wydaje mi się, że powinnam odejść zanim ta obojętność przerodzi się w niechęć bądź nienawiść. Tego bym już nie zniosła.
Więc wybacz mi, że nie zaczynam tego listu słowami "Kochany Louisie", ale nazwanie cię "kochanym" nie przeszłoby mi przez gardło, ani nie wyjdzie spod pióra. Już nie. Nie będę udawać, że nasze uczucie nie wygasło. Skoro nie umiem być z tobą szczera twarzą w twarz, będę z tobą szczera choć ten jeden raz, tu na papierze. Nie chcę pozostawić niedokończonych spraw i niedopowiedzeń.
Nie łatwo było ubrać wszystkie te uczucia w słowa, ale mam nadzieję, że pomogą ci one zrozumieć podjętą przeze mnie decyzję. Muszę odejść i zostawić to wszystko za sobą. Nie próbuj mnie zatrzymać. I tak pewnie nie przeszłoby ci to przez myśl, ale chcę mieć pewność, że wiesz, że sobie tego nie życzę.
Ten związek nas ograniczał, dusiliśmy się w nim oboje. To trwało stanowczo za długo. Czekaliśmy tylko aż któreś z nas w końcu to powie. Między nami nic już nie ma. Nie jesteśmy już razem. Przykro mi, że mówię to w taki sposób, ale nie starczyło mi odwagi, żeby powiedzieć ci to wprost.
[T.I]"

Postawiłam ostatnią kropkę po czym jeszcze raz przeczytałam list.
Miałam nadzieję, że nie wyszło to tak, że żałuję, że poznałam Louisa. Skłamałabym, gdybym tak stwierdziła. Kochałam go całym sercem i nie żałuję ani chwili spędzonej z nim, lecz wszystko co dobre nie trwa wiecznie. Gdybym miała więcej czasu, może napisałabym też o tych czasach, gdy byliśmy szczęśliwi, gdy naprawdę go kochałam, gdy wydawało mi się, ze on czuje to samo. Ale nawet gdyby Lou nie wracał za dziesięć minut, to po co miałabym o tym pisać? To nic nie zmienia. Nie mogę żyć przeszłością. Muszę ruszyć naprzód.
Położyłam list na stole i podniosłam z podłogi spakowane wcześniej walizki. Były tylko dwie. Wszystkie stare, pasiaste koszulki  Louisa, w których tak lubiłam chodzić, wszystkie nasze wspólne zdjęcia i pamiątki zostawiłam w sypialni. Pomyślałam, ze już mi się nie przydadzą.
Zmierzałam już w stronę drzwi, gdy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. Louis wszedł do środka uśmiechnięty, lecz, gdy tylko mnie zobaczył mina szybko mu zrzedła. Można by pomyśleć, że zauważył walizki i domyślił się co się dzieje, ale ja odniosłam inne wrażenie.
Staliśmy chwilę patrząc sobie w oczy. Nic nie mogłam z nich wyczytać. Były puste, obojętne.
Odwróciłam wzrok i ciągnąc za sobą walizki, minęłam Louisa w drzwiach. Na chwilę otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął.
Nie czułam się zobowiązana pożegnać się z nim. Wszystko co miałam mu do powiedzenia napisałam w liście.  Jednak jego obojętność  tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję. Tak będzie lepiej. Nam obojgu.


LOLA

poniedziałek, 28 stycznia 2013

# 57. Harry. I cz. 1

- To jak jedziemy ? – spytał Matt
- Najcudowniejszą, najwspanialszą komunikacją miejską.-powiedział Luk i na żarty poczochrał Matta po włosach. Na co chłopak go odepchnął.
- Co ty pieprzysz ? - spytał Sam
- No jak to chłopcy jedziemy autobusikiem. – powiedział Luk śmiejąc się z skrzywionych min reszty. – Rozmawiałem z Victorem wszyscy są już na miejscu. Więc nikt po nas nie przyjedzie, dlatego ruszać dupy bo nam autobus ucieknie.
- Ogarnij. Zaraz skombinuje jakąś brykę i spieprzamy stąd. – powiedział Dave i zaczął biec w stronę parkingu.
Luk złapał go za łokieć i obrócił w swoją stronę.
- Kurwa czy ty słyszysz co ja mówię ? Powiedziałem, że jedziemy autobusem. – powiedział zirytowany Luk.
Dave go odepchnął. Pewnie zaraz zaczną się tłuc.- pomyślałam, przewracając oczami.
- A to niby dlaczego ? - spytał Dave.
- Victor mówił, że mieli jakąś grubszą akcję i psy są teraz bardziej czujne, więc na razie mamy nic nie robić. Więc albo autobusem, albo na piechotę zapieprzaj.
- Jedziemy 47, tak ? – spytałam i wszyscy na mnie spojrzeli.
- NO- powiedział Luk.
Zaczęłam iść tyłem do przodu.
- No, to on.- wskazałam palcem na autobus za plecami i zaczęłam biec do niego.
- Kurwa. Szybko – słyszałam jak wszyscy w jednym momencie ruszyli, kiedy zrozumieli o co mi chodzi.
Wpadłam do autobusu. Nie mogłam przestać się śmiać, kiedy widziałam jak tabun dresów biegnie, próbując zdążyć na autobus.
Zaczęli jeden, po drugim wskakiwać przez drzwi.
Praktycznie wszyscy byli już w autobusie, kiedy drzwi zaczęły się już zamykać.
Luk, przepchnął się przed Davem i udało mu się jako ostatniemu wejść.
Wszyscy wybuchli śmiechem.
- No co przecież taka wielka księżniczka jak ty nie wozi swojej szanownej dupy autobusem. – powiedział Luk.
A Dave najwidoczniej go usłyszał i zaczął krzyczeć, że Luk tego pożałuje i kopać drzwi do autobusu.
Powoli ruszaliśmy.
- Pocałuj mnie w dupę.- krzyknął Luk i zaczął kręcić zadem do drzwi.- Następny będzie miał za pół godziny.- powiedział już do nas.
Idioci.
Zatrzymaliśmy się na następnym przystanku.
- Siema.- powiedział Peter, kiedy wsiadł jeszcze z jakimś gościem.
Peter zrobił ze mną żółwika i usiadł naprzeciwko mnie, a obok niego ten drugi chłopak.
- Peter może przedstawisz kolegę ? – spytał Tom.
- To Harry, nie pamiętasz go ? – powiedział Peter.
No ja też go nie pamiętałam. Chłopak miał kręcone, ciemne włosy i przeuroczy uśmiech. W ogóle tu nie pasował. Kim on jest ?
Harry podał sobie rękę z Tomem.
- Harry… Aaaaa Harry barciak Billiego ? – No Tom sobie przypomniał, ale ja gościa nie znam.
- Hej.- powiedziałam do Harrego. On się do mnie uśmiechnął.- Nie wiedziałam, że Billi ma brata.
- Jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Mamy tego samego ojca. – powiedział Harry.
- No stary nie wyglądasz na tutejszego. – powiedział Sam.- Tu nie lubią pudelków.
Tylko Sam śmiał się ze swojego idiotycznego żartu. A Harry nawet nie zauważył, że ktoś go obraził. Cały czas się na mnie gapił.
- Zamknij się Sam. Bill jesteś już u Victora i nie mógł odebrać Harrego z lotniska, więc ja to zrobiłem.
- No to skoro jedziesz z nami do Victora to się przygotuj młody na niezłe szaleństwo. Podobno zaprosił jakieś laski z college. – powiedział Alex.
- Ogarnij Alex, nie gadaj takich rzeczy przy jego dupie.- powiedział Sam.
- Zamknij się - powiedziałam i mu przywaliłam.
- Aaaaaaaaaaał.- krzyknął Sam i zaczął rozmasowywać miejsce, w które go uderzyłam.
Przewróciłam oczami. Zatrzymaliśmy się na przystanku. Moją uwagę przykuła w chodząca do autobusu starsza pani. Skądś ją znałam.
- Ej to jest kanar.- powiedział, kiedy przypomniało mi się, jak ostatnim razem właśnie ta baba dała mi mandat.
- Co ? Która ? – spytał zdziwiony Luk.
- Granatowy beret. – pokazałam mu tą kobietę.
- Kurwa. Dobra spieprzamy . Ben- powiedział Luk i wskazał tą panią.
Ben miał jakieś 2 metry i ważył pewni grubo ponad sto kilo. Podszedł do tej kobiet, a ona właśnie wchodziła do autobusu. Ben się do niej uśmiechnął. Kobieta nie sięgała mu nawet do ramienia. Ben uniósł nogę i ją kopnął kobieta, wypychając ją z autobusu. Ona poleciała do tyłu i upadła na chodnik.
- W nogi.- krzyknął Ben.
Wszyscy zaczęli wybiegać z autobusu. Podniosłam się. Właściwie w autobusie zostali już tylko jacyś emeryci, a tak to już z naszych prawie wszyscy wyszli. Tylko ten Harry ciągle siedział na swoim miejscu i przyglądał się temu wszystkiemu zdziwiony. Jakby nie wiedział co się w okół niego dzieje.
- Szybko, chodź !- powiedziałam i złapałam go za łokieć ciągnąc do drzwi. W ostatniej chwili udało nam się wyskoczyć. Kobieta, którą Ben wypchnął zaczynała się już podnosić. Widziałam już tylko cienie Luka i reszty jak biegli. My też musieliśmy uciekać.
- Biegnij !- krzyknęłam do Harrego i sama ruszyłam ile sił w nogach.
Myślałam, że chłopka będzie chciał dołączyć to reszty chłopców, ale on cały czas biegł obok mnie. A ja zmierzałam w zupełnie innym kierunku. Nagle ode chciało mi się iść na imprezę do Victora. Po jakiś 5 minutach biegu, zatrzymałam się żeby złapać oddech. Harry zrobił to samo.
- Co się właściwie stało ?- spytał Harry.
Spojrzałam na niego. Uniosłam brew . Dziwny jest ten chłopak.- pomyślałam.
- Serio pytasz ?
Chłopak pokiwał głową.
- No to był kanar.- powiedziałam, ale kiedy zobaczyłam, że to nic mu nie mówi ciągnęłam dalej.- A tak jakby wiesz, żadne z nas nie skasowało biletu. I to mogło by grozić mandatem. Potem trzeba by było go zapłacić. A jeśli by się go nie zapłaciło, można by było mieć poważne problemy- tłumaczyłam mu.
On patrzył się na mnie i nagle jego kąciki ust zaczęły drgać. Jakby nie mógł nad tym zapanować. Nagle wybuchnął śmiechem.
- Wiesz, nie musisz mówić do mnie jak do pięciolatka.- powiedział Harry.
-Nie przeżywaj.- powiedziałam starając się ukryć rozbawienie.
Ale widząc, że chłopka ciągle się śmieje nie wytrzymałam i przyłączyłam się do niego. Kiedy już się uspokoiliśmy się Harry spojrzał na mnie i uśmiechnął się do mnie. Poczułam coś dziwnego w brzuchu, a potem moje policzki zalała fala rumieńców. Od razu spuściłam głowę mając nadziej, że chłopak nie zauważył jak się rumienie.
- Coś się stało ?- spytał Harry.
- Nie.- powiedziała szybko, odwracając się do niego plecami.
Ale się stało. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu się zarumieniła. Nie byłam wstydliwą dziewczynką. To było jakoś dziwne. Ale jemu nie będę o tym opowiadać.
- Musisz zadzwonić do Billiego, żeby ktoś po ciebie przyjechał.- powiedziałam.
Zaczęłam iść przed siebie, mając w planach zostawić Harrego i samej w spokoju udać się do domu.
- A ty ?- spytał chłopak podbiegając do mnie.
- Co ja ? – spytałam nie przestając iść.
- Jak się tam dostaniesz ?
- Nie idę.
- To w takim razie ja też nie.- powiedział Harry.
Zatrzymałam się.
- Dlaczego ? – spytałam zdziwiona.
Chłopka wzruszył ramionami.
- A dlaczego ty nie idziesz ? – spytał Harry.
- Bo mi się nie chcę.- skłamałam.
- Mi też. – powiedział.
Patrzyłam na niego z uniesioną brwią. Kto by nie chciał iść na imprezę do Victora ? Każdy chłopak, którego znałam i pewnie każdy chłopak w promieniu 200 kilometrów tylko o tym marzył. Jeśli jakimkolwiek sposobem ktoś znalazł się na takiej imprezie, uważano go za niezłego koksa. Nawet jeśli ktoś był największym frajerem, wystarczyło, że ktoś zobaczył go w towarzystwie Victora i już nagle wszystkie laski się do niego mizdrzyły. Więc to mnie trochę zdziwiło, że ktokolwiek na tej planecie nie chce iść na ten melanż.
- Jakoś nie kręci mnie myśl spędzenia tyle czasu z praktycznie obcymi dla mnie ludźmi. Bill już mnie zabrała parę razy na te imprezki. Zawsze było tak samo. Wszyscy gadali o czymś o czym nie miałem pojęcia i zanim się obejrzałem wszyscy byli najebani. I tyle. – powiedział Harry. Ja już miałam otworzyć usta, żeby zaprzeczyć. Ale miał racje. Też nie widziałam w tym wszystkim nic, aż tak fantastycznego.
- W sumie faktycznie. Wszyscy myślą, że to jest nie wiadomo jak zajebiste. Ale bez przesady. – powiedziałam.
Harry znów się do mnie uśmiechnął, a ja znów czułam to samo. Spuściłam głowę i zaczęłam powoli iść. Harry do mnie dołączył, no co w gruncie rzeczy liczyłam.
- A teraz ty powiedz dlaczego nie chcesz iść ? –wypalił nagle Harry.
- Nie- powiedział lekko rozbawiona tym, że on myślał, że mu się zwierzę.
- Tak, bo ja ci powiedziałem, czemu nie chce iść.
- No, ale ja ci nie powiem.
- Czemu ? – spytał Harry patrząc mi w oczy.
- Co jest z tobą nie tak ?- spytałam, odwracając wzrok od jego ślicznych oczu.- Po co ci to wiedzieć, ktoś ci już, kiedyś mówił, ze jesteś …
- Spokojnie. Tak, tylko chciałem wiedzieć jeśli nie chcesz to nie mów.- powiedział Harry i teraz uparcie patrzył przed siebie.
Szliśmy w milczeniu. Byłam przyzwyczajona, że kiedy któryś z chłopaków czegoś ode mnie chciał, musiałam mu bardzo dosadnie powiedzieć, żeby się odwalił. A to jak teraz zachował się Harry było dla mnie czymś innym. I co najgorsze miałam wyrzuty sumienia, że tak go potraktowałam.
- Okey.- powiedziałam w końcu.
Harry wreszcie na mnie spojrzał.
- Bo wiesz znam się z c chłopakami od lat. I z Victorem też. I coś między nami ostatnio było. Ale ja chcę to skończyć. I dziś właściwie to tylko po to tam jechałam. Ale teraz jednak nie chce tam iść.- powiedziałam.
Samą siebie zadziwiłam, że zwierzyłam się Harremu. Nie byłam skora to takich rzeczy. A na pewno nie otwierałam się przed obcymi ludźmi.
-Czyli jednak go kochasz ? – spytał nagle chłopak.
Nie rozumiałam o co mu chodzi. Harry chyba to zobaczył, bo kontynuował:
- Skoro jesteś tu teraz ze mną, a nie zrywasz ze swoim chłopkiem to znaczy, że jednak go kochasz.
- Nieeee. To znaczy mi się nie wydaje żebym ja kiedykolwiek go kochała, on zresztą mnie też.- powiedziałam- Coś ci powiem. Coś sobie uświadomiłam. Wychowywałam się z tymi chłopakami i są oni dla mnie jak bracia. Ale prawda jest taka, że wszyscy skończą tak samo. W końcu psy ich złapią, albo jeśli będą mieli pecha to natrafia na silniejszych od siebie... Może jeszcze Bili rozegra to inaczej. On czasem wydaje mi się inny. Jak by się chciał wyrwać z tego wszystkiego. Ale tylko czasem. A ja chce normalnego życia. Czas pomyśleć o przyszłości, a z nimi na przyszłość nie mam szans.
- Zawsze możesz zacząć od nowa.- powiedziała Harry.
Mimo, że w sumie w ogóle go nie znałam i nic o nim nie wiedziałam strasznie dobrze mi się z nim rozmawiało. Czułam, że mnie rozumie, że jest inny.
-Ja to właśnie planuje. – powiedziałam.
- A co z Victorem ? Wahasz się ? – spytał Harry wyczekująco.
- Nie. Tylko jakoś mi się ode chciało tam iść. Sam wiesz jakie są tak imprezy. Powiem mu to jutro. Szybciej pójdzie jak będzie miał kaca. – powiedziałam i się uśmiechnęłam.
Chciałam trochę rozluźnić atmosferę. Zrobiło się za poważnie. Harry na szczęście, albo zrozumiał o co mi chodzi, albo naprawdę go to rozbawiło, bo wybuchnął śmiechem.
Nawet nie wiem ile czasu minęło, ale musiało być naprawdę późno, bo na ulicach nie było ani żywego ducha. Ale ja i Harry nie zwracaliśmy na to uwagi. Chodziliśmy po całym mieście rozmawiając i się wygłupiając.
- A ty zamierzasz wrócić do domu ?- spytał nagle Harry.
- Nie wiem. To zależy.- powiedziałam tajemniczo.
Harru uśmiechnął się łobuzersko:
- Od czego ? – spytał
Czy ja właśnie z nim flirtowałam ? Nie ważne. Ważne, że mi się podobało.
- Co się będzie działo, jeśli nie pójdę.
- Ciężko powiedzieć.- powiedział Harry robiąc krok w moja stronę.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, kiedy nagle obydwoje zaczęliśmy się głośno śmiać.
- To może chodź do parku, bo już nie dam rady dalej leźć. Nogi z dupą mi zaraz odpadną.- powiedziałam.
- OK.- powiedziała Harry jeszcze się śmiejąc.
Podeszliśmy do drewnianego stolika, z którego ludzie korzystali podczas pikników. Wdrapałam się na niego i usiadłam po turecku. Harry zajął miejsce obok mnie.
- Mam batona, chcesz ?- spytał chłopak.
- No jasne. Jestem ostro głodna. – powiedziałam biorąc od Harrego Twixa.- Masz pół.- powiedziałam dając mu jeden patyczek.
- Dzięki. – powiedział chłopak.
Nagle zdjął swoją bluzę i okrył mnie ją po nagich ramionach. Na nie przeczę, w cienkiej bluzeczce na ramiączka, zaczynało mi się już robić chłodno. Ale tak dla jasności o nic go nie prosiłam.
Wyszeptałam ciche podziękowania, ale Harry je musiał usłyszeć, bo się uśmiechnął.
-Masz na policzku czekoladę. – powiedział Harry, kiedy skończyłam moja cześć batona.
-Już?- spytałam wycierając dłonią policzki.
- Nie ,poczekaj.- powiedział Harry i lekko obrócił moją twarz do siebie.
Delikatnie dotknął mojego policzka i zjechał palcem do ust, po czym musnął je lekko swoimi wargami.
- Już jesteś czysta.- powiedział, odsuwając się tylko milimetry od moich ust.
- To było bardzo tanie zagranie. Zresztą bardzo nie kulturalne. –powiedziałam
- To w takim razie się poprawie. Czy mogę ? – spytał Harry patrząc mi w oczy.
Ja uśmiechnęłam się i pocałowałam go, a on od razu odwzajemnił pocałunek.


KAHN

piątek, 25 stycznia 2013

# 56. Zayn.


-Kochanie, obudź się. Już dojeżdżamy – usłyszałam cichy szept Zayna.
Leniwie otworzyłam oczy. Zamrugałam kilka razy by nabrać ostrość widzenia. Wyprostowałam skulone nogi i poprawiłam koc, którym byłam okryta. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Zayn specjalnie zatrzymał się i otulił mnie, by nie było mi zimno. Uniosłam w górę ręce i wyciągnęłam kręgosłup, głośno ziewając.
Spojrzałam na mojego chłopaka. Siedział za kierownicą samochodu i ze skupieniem malującym się na twarzy prowadził pojazd. Ubrany był w dżinsową kurtkę, której rękawy sięgały do łokci. Na jego białej bluzce narysowany był symbol Batmana. Jego włosy postawione były ku górze. Na prawej ręce widniały przykuwające wzrok tatuaże. Zawsze je lubiłam. Były symbolem niezależności Zayna. A to ceniłam w nim najbardziej. Mój osobisty Bad Boy.
-Wyspałaś się, kochanie? – zapytał chłopak.
-Jak nigdy, dziękuję. –kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze – Daleko jeszcze?
-Ostatnie kilometry i będziemy na miejscu.
Właśnie byliśmy w drodze do Aspen. Był to duży ośrodek narciarski dla snobów. Nie zdziwię się, gdy na stoku będę zjeżdżać obok Paris Hilton lub Madonny. Niestety Zayn uparł się, iż przyjedziemy właśnie tu. No bo Bad Bay z Ona Direction nie mógłby pojawić się w byle jakim miejscu, prawda? Moje lanserskie słoneczko.
Spojrzałam przez okno. Na dworze roiło się od ekskluzywnych hoteli i wysokich gór. Na ich szczytach znajdowali się narciarze i wyciągi. Rozmarzona wpatrywałam się w ten śliczny obrazek. Zawsze uwielbiałam góry, zimę i śnieg. Dmuchnęłam na okno, by zaparowało się. Palcem wskazującym napisałam moje i Zayna inicjały. Wokół nich narysowałam niezgrabne serduszko. Z rozmarzeniem westchnęłam.
-Spójrz – chłopak wskazał palcem bardzo duży i ekskluzywny budynek – To nasz hotel.
Podjechał na podjazd i szybkim ruchem odpiął pas bezpieczeństwa. Poszłam w jego ślady. Poczekałam aż Zayn obejdzie samochód, bo otworzyć mi drzwi. To jedna z naszych niepisanych umów. Prawdziwy dżentelmen. W nagrodę uśmiechnęłam się do niego ciepło.
-A ty gdzie masz kurtkę? Rozchorujesz się, a ja leczyć cie nie zamierzam. -zapytałam
Zayn złapał mnie w pasie i energicznym ruchem przyciągnął do siebie.
-Jeśli ty jesteś moją pielęgniarką to uważam, że warto chorować – wymruczał do mojego ucha i przygryzł jego płatek.
-Zayn, uspokój się! – ze śmiechem odepchnęłam go i przyjacielsko uderzyłam w ramię. – A teraz szoruj po kurtkę. Założę się, że masz ją w bagażniku razem z bagażami, nieprawdaż?
Chłopak w odpowiedzi tylko z uśmiechem pokręcił głową i podszedł do tyłu samochodu. Otworzył bagażnik i schylił się po odzienie. Gdy Zayn otulał się płaszczem, ja sięgnęłam po jedną z walizek. Złapałam za uchwyt i z głośnym stęknięciem próbowałam wyjąc ją z bagażnika. Bez skutecznie. Nagle usłyszałam cichy śmiech dochodzący zza moich pleców.
-Co cię tak bawi, Malik? – zapytałam i odwróciłam się do chłopaka – No tak, bardzo śmieszne. Wziąłeś tyle ciuchów, że nie mogę unieść walizki. Boki zrywać – podparłam ręce na biodra i spojrzałam na Zayna z ukosa.
Chłopak podszedł do mnie i objął mnie ramionami splatając dłonie na moich plecach. Oplotłam ręce wokół jego szyi i spojrzałam na niego czule. Strzepałam śnieg z jego włosów. Białe śnieżynki uroczo odbijały się na tle czarnych włosów Zayna. Oparłam swoje czoło o jego. Para wydobywająca się z naszych ust mieszała się ze sobą. Delikatnie pocałowałam chłopaka. Czułam jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele. Mulat docisnął moje ciało do swojego. Czułam się taka bezpieczna w jego ramionach. Każdego dnia dziękowałam Bogu, że postawił na mojej drodze osobę tak wspaniałą jak Zayn. Kochałam go każdą cząsteczką mojego ciała. Jednak najlepsze było to, iż on to uczucie odwzajemniał.
-To jak, pomóc mojej sierotce zabrać bagaże? – uśmiechnął się chłopak.
-Tylko nie sierotce, mój drogi. Ale tak, chętnie przyjmę twoją pomoc. – powiedziałam odrywając się od mulata.
Wspólnymi siłami wyciągnęliśmy walizki, torby i reklamówki. Zayn zawołał boya hotelowego, by pomógł nam zanosić to do hotelu. O tak, to ja, wielki Zayn Malik z One Direction, mogę robić co chcę. Motto życiowe chłopaka. Ale wiecie co? I tak bez wahania oddałabym za niego życie.
Poszliśmy do recepcji, by załatwić formalności związane z wynajęciem pokoju. Podpisaliśmy formularze i pokazaliśmy dowody osobiste. Przydzielono nam pokój 315. Apartament. Recepcjonistka wręczyła nam dwie złote, magnetyczne karty do otwierania drzwi. Na każdej z nich narysowane były ośnieżone góry i wielki napis „Przyjedź i skosztuj luksusu. Nie będziesz chciał wracać!”.
Podeszliśmy do windy. Nacisnęłam guzik z naklejoną strzałką, by przywołać windę. Dzyń. Nie musieliśmy długo czekać. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Wepchnęliśmy wózek z bagażem do maszyny. Zayn wcisnął przycisk z numerem 3.
Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy odpowiedni pokój. Chłopak próbował otworzyć drzwi dzięki magnetycznej karcie. Jednak bez skutku. Z uśmiechem pokręciłam głową i wyjęłam mu ją z dłoni. Powieliłam czynność wykonywaną przez mulata. Drzwi puściły za pierwszym razem. Z miną zwycięzcy weszłam do środka. Zaniemówiłam.
W pierwszej chwili zauważyłam ogromne małżeńskie łóżko z baldachimem. Po prawej stronie znajdowała się toaletka z ogromnym podświetlanym lustrem. Na niej stał wiklinowy koszyk, w którym znajdowały się czekoladki i butelka drogiego wina. Wszystko było ozdobione różową kokardką. Natomiast po lewo umieszczona była obszerna drewniana szafa. Na ścianach wisiały piękne i kolorowe obrazy oraz plazmowy telewizor. Do wazonów włożone były białe lilie, które pomimo zimy były żywe. Znajdowała się również ogromna szyba z pięknym widokiem na góry.
-Jak tu pięknie – westchnęłam z rozmarzeniem.
Położyłam walizkę na ziemi i zdjętą kurtkę przewiesiłam na krześle. Wykończona podróżą położyłam się na łóżku. Nagle poczułam jak materac porusza się i ujrzałam uśmiechniętą twarz Zayna.
-I jak ci się podoba? – zapytał chłopak
-Jak mi się podoba? Jeśli tak wygląda pokój to jaki musi być hotel – wykrzyknęłam – Moje mające wspaniały gust kochanie.
Objęłam dłońmi twarz chłopaka i złożyłam na jego ustach słodki pocałunek. Na początku delikatny, lecz coraz bardziej namiętny. Zayn przekręcił się tak, że leżał na mnie swoim ciałem. Dłonie trzymał na mojej talii. Natomiast ja bawiłam się jego włosami. Mulat zaczął całować moją szyję i uszy. Już miałam zdjąć jego bluzkę, lecz przerwało nam głośne pukanie do drzwi. Chłopak z niechęcią przerwał pieszczoty i powolnym krokiem poszedł do drzwi.
-Mogę w czymś pomóc? – zapytał Zayn opierając się o framugę.
-Dzień dobry. Jestem kierowniczką hotelu. Przyszłam zapytać się jak podoba się państwu pokój?
-Jest naprawdę wspaniały, dziękujemy.
-Może widzieli już państwo kosz powitalny? Proszę się częstować. Czekoladki są naprawdę wyśmienite! – kobieta z radością klasnęła w dłonie – Życzę więc państwu miłego pobytu. Do widzenia. Kierowniczka z uśmiechem na twarzy wykonała obrót i udała się do wind.
-To co? Posłuchamy się jej? Może otworzę wino?
-Jasne – wstałam z łóżka i podałam mu kieliszki stojące na blacie
Oparta o szafkę patrzyłam jak Zayn wypełnia naczynia czerwoną cieczą. Podał mi jeden kieliszek i trzymając za rękę pociągną do ogromnego okna.
-Widzisz te wszystkie gwiazdy na niebie? – szepną mi do ucha
Podniosłam głowę i ujrzałam tysiące lampeczek błyszczących na niebie. Pokiwałam głową.
-Mówi się, że wszechświat jest nieskończony. Tysiące takich gwiazd jest jeszcze nieodkrytych. Wiele naukowców dąży do odkrycia ich. Chcą więcej i więcej. Uważa się, że to co mamy to namiastka tego co możemy jeszcze mieć. Ale ja mam wszystko. Mam ciebie. Czego chcieć więcej. Mam moją najjaśniejszą gwiazdkę.
Odwróciłam się przodem do Zayna i patrząc mu w oczy powiedziałam:
-Dziękuję, że osoba tak wspaniała jak ty stanęła na mojej drodze.


RECKLESS